FESTIWAL BLEDZIOCHÓW, CZYLI „ZMIERZCH”

Saga „Zmierzch” niejakiej Meyer to szczyt kiczu, ale może ja się starzeję…

Nie jest mi obojętne, co osoba płci żeńskiej leżąca po prawicy czyta wieczorową porą. Zwłaszcza jak ciągle mnie gasi zasadniczym „Cicho! Cicho”. Saga „Zmierzch”, bo o niej tu mowa trzyma w napięciu połowę ludzkości.

Z przewagą ludzkości damskiej oczywiście. Dla tych z drugiej połowy streszczam – Bella Swan to licealistka, która zakochuje się w Edwardzie Cullenie. Przystojnym jak cholera, tylko gość ma jeden feler – jest wampirem.

bledziochy

Przez wszystkie odcinki sagi waży się jeden temat – zagryzie ją czy przeleci? A może jedno i drugie?! W tle jeszcze są wilkołaki będą wrogami wampirów… I ja głupek chciałem sobie ułatwić zadanie – żeby już tyle czytać żona nie musiała kupiłem za 49,99 PLN pierwszą część filmowego „Zmierzchu”. I cóż ja widzę? Festiwal bledziochów, którzy nie wiedzą, o co im chodzi. Po 10 minutach spałem jak zabity. I znowu Koleżanka Małżonka pretensje miała, że z nią tego „Bloody love story” nie przeżywam…

PS. Chwała Anonimowym Internautom na których obraziła się autorka „Zmierzchu” Stephenie Meyer i nie pisze dalej! Podobno zbyt wcześnie puścili IV część do sieci. Niech Drakula będzie z Wami!

14 Komentarze

  1. @ ZEW
    nie rozumiem zainteresowania tą "książką". wystarczył mi rzut oka na pierwsze strony, żeby stwierdzić, że ta "książka" to totalna bzdura… film pewnie też.

    no ale jest jakiś plus: jeśli będzie Pan miał jakieś problemy z zasypianiem to włączy sobie Pan ten film i po kłopocie. :D

  2. @ Basia K.
    Ja się raczej interesuję fenomenem tego zjawiska.
    Mam przerąbane, żona załatwiła w zakładzie pracy bilety na "Księżyc w nowiu", częśc II filmowego "Zmierzchu".

  3. Niektóre nawet dają się ugryźć, żeby osiągnąć miłość wieczną
    Skonsultuję się z moim protetykiem czy mogę w tej sprawie zaszarżować…

  4. WITAM !!!

    Wiecie Państwo, ale to swego rodzaju fenomen, co w dobie XXI wieku interesuje oglądaczy. Wampiry, które nabrały ludzkiej ogłady, takiej, że nawet zakochać się można. Czego to z nudów się nie robi.

    Pozdrawiam serdecznie ………

  5. Z historii o tych sprawach podobał mi się jedynie obraz Polańskiego "Nieustraszeni łowcy wampirów". Był klimat, muzyka, troszkę grozy, ale i uśmiechu

  6. Ja natomiast jestem wielką fanką tego filmu i pod choinkę zażyczyłam sobie książkę, o! :) Spójrzcie na to w ten sposób: takie historie zaspokajają odwieczne potrzeby sporej ilości kobiet, które marzą o miłości wiecznej, pięknej, z jakiegoś powodu niedostępnej i facecie, który jest trochę zbuntowany, ale szarmancki, przy którym życie to przygoda. I, panie Zewie, to wcale nie znaczy, że te damy nie są zadowolone z męża/narzeczonego/konkubenta tudzież innego mężczyzny, który zagląda im przez ramię w książkę. Po prostu jest to jakaś pierwotna ciągota większości białogłów, tymczasem "Zmierzch" to współczesny, trochę tandetny, romans gotycki, a te przecież miały kiedyś ogromne wzięcie nie tylko wśród panien na wydaniu. Była moda na harlequiny, była moda na liryczne zawodzenie boysbandów, teraz jest "Zmierz". Moda powraca – w tym wypadku wiążąc się dodatkowo z subkulturą emo, co zagwarantowało zarówno filmowi, jak i książce ogromny sukces wśród młodzieży.

  7. @ kawa
    i tu się zgadzam, dlaczego bajki mają być tylko dla dzieci?
    przecież dziecko tkwi w każdym z dorosłych, tylko, że uśpione

  8. Na mnie jakoś "Zmierzch" nie zrobił wrażenia, nie rozumiem fascynacji tą książką i tego zbiorowego szaleństwa, które się rozprzestrzenia wśród moich koleżanek. :-) Ja tam wolę Annę Rice. Grałam kiedyś z przyjaciółmi w "Vampire: The Masquerade"- takie przyjemne RPG. :-)

  9. To jest dalszy ciąg fenomenu pt. Moda na sukces. Tylko inna jakość. Szary człowiek chce uciec od problemów; w inny real, trochę magiczny. Nie każdy ma blogi i RPG

  10. @ DarknessLady – No proszę, też grałam w to RPG… bardzo bardzo stare dzieje ;)

    @ ZEW – bez ucieczki od szarej codzienności życie byłoby nieznośne – a każdy ucieka jak umie i w co lubi.

  11. @ kawa
    Na temat UCIECZKI napisałem nie wydaną książkę – to są moje przeżycia z roku 2001 kiedy to zostałem bezrobotnym. Trauma była straszna – zamiast walnąć samobója (trywialne) wziąłem niebieski rower i uciekłem na nim do … Aten. Co prawda dojechałem jedynie do granicy słowacko – węgierskiej, ale zawsze to coś…
    Oto MORAŁ z tej książki (bardziej mi pasuje tytuł angielski Diary of escape):
    "Ludzie się dzielą na tych, którzy uciekali, uciekają lub dopiero będą chcieli uciekać. Pamiętajmy o jednym – zawsze zabieramy BAGAŻ W POSTACI SAMEGO SIEBIE. Swoich poglądów, myśli czarnych, zielonych i kosmatych, nawyków i odwyków. Przed samym sobą NIGDY NAM UCIEC SIĘ NIE UDA. Spróbować jednak zawsze można"

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.