ODSZEDŁ EL COMENDANTE

Castro

W wieku 90 lat zmarł dzisiaj Fidel Castro, przywódca rewolucji kubańskiej. Doczekał czasów w których koło historii zatoczyło wielkie koło – Kubańczycy znowu się wdzięczą do Wuja Sama. I znowu stanie się to kraina wolna, ale pełna kasyn, burdeli i korupcji, no i rozrywkowych gringos.

Może jeszcze trzeba doczekać do końca Raula, ale stanie się to wnet. A Fidel na to patrzy z nieba, albo z czyśćca po którym śmigają sobie motorkiem z Che Guevarą w towarzystwie pięknych seniorit.

Adios!

POLICHNO – ARMIA LUDOWA, CZY ARMIA KRAJOWA?

 

Polichno, miejscowość koło Piotrkowa. Połowa drogi tzw. Gierkówką z Katowic do Warszawy. Od 25 lat zawsze robię postój obok motelu (naprzeciw kompleks Hotelu „Górskiego”). Zawsze odwiedzam też obelisk obok motelu poświęcony pierwszej walce oddziału Gwardii Ludowej (prekursorki Armii Ludowej) mającej miejsce w czerwcu 1942 roku. Dowódcą był „Mały Franek”, Franciszek Zubrzycki.

Przyznaję jednak, że ładnych parę już lat pod obeliskiem nie byłem. Ponieważ ostatnio jechaliśmy do stolicy z grupą działaczy lewicy (tak, jest jeszcze taka) przystanęliśmy, aby zwiedzić. I co się okazuje, szok! Pomnik został gruntowanie przerobiony na Polskę walczącą i ZWZ AK. Z poprzedniej wersji zostały tylko płaskorzeźby ludzi z karabinami w czapkach wyraźnie robotniczych.

Pozostały jednak ślady w Muzeum obok. Głównie na kilku zdjęciach i planszy. Jest wyraźnie mowa nie tylko o AK, ale i AL. Prowadząca to muzeum Honorata Szewczyk jest nieco zakłopotana tą sytuacją, bo przecież ona nie jest odpowiedzialna za upiększanie historii. Jej zdaniem powinna być ona pokazana obiektywnie, a ludzie – głównie młodzi – powinni sami wyciągać wnioski.

Tym co walczyli w czasie II wojny raczej było wszystko jedno – czy są w prawicowej, czy lewicowej partyzantce. ONI CHCIELI WALCZYĆ Z OKUPANTEM. Zdaje się, że to jeszcze nie koniec tzw. dekomunizacji historii a jej początek. Obyśmy jednak nie popadli w przesadę.

ZEW

 

BĄK W KOŚCIELE NARODOWYM

 

W 1993 roku ten artykuł zdjął mi wydawany przez Wojciecha Fibaka „Dziennik Śląski”. Publikowałem go już na blogu Newsweeka, ale ponieważ publiczności się zmieniła powtarzam. Podpiszę się zresztą pod nim i dziś…

 

XXX

 

To będzie o powstaniu warszawskim, a raczej o polskiej chętce do rozróby za wszelką cenę. Lech Wałęsa, składając kwiaty gdzie trzeba zapowiedział, że za rok jak będzie okrągły jubileusz to zrobi się go dopiero z pompą i udziałem uczestników koalicji antyhitlerowskiej.

A wszystko to po to, aby oddać hołd bohaterom, męczennikom walki o Sprawę. Dlaczego jednak naród nasz do cholery ciągle musiał robić za Mesjasza a zamiast bohaterstwa walki nie mieliśmy do czynienia z bohaterstwem pracy?

Jako, że piknął jubileusz pozostańmy może jednak przy klinicznym przykładzie powstania warszawskiego. Wyjdźmy od tyłu, a właściwie od przodu – o jednym z powodów niejaki Z. Stypułkowski pisał tak: “Była to zarządzona przez Niemców branka stu tysięcy mężczyzn do robót fortyfikacyjnych dla obrony Warszawy przed atakiem Rosjan. Na wyznaczone punkty zborne stawiło się zaledwie 47 Polaków”.

NIE POLICZONO PAŁEK

A więc lepiej słodko przelewać krew za Ojczyznę niż wylewać pot kopiąc rowy przeciw czołgowe dla Germana! I tak przecież cała ta impreza z powstaniem była gierką polityczną obliczoną na pokazanie “wąsatemu batiuszce”, że jednak my tu rządzimy! O wybuchu powstania zadecydowała narada w kierownictwie Armii Krajowej, która odbyła się ostatniego dnia lipca 1944 r. “Niech pan zaczyna. Jutro, punktualnie o godz. 17.00 rozpocznie pan operację “Burza” w Warszawie” – powiedział dowódca AK gen. Bór-Komorowski do dowódcy okręgu warszawskiego ps. “Monter”.

Wszystko to pod wpływem jednego, jedynego meldunku tego ostatniego, że na Pradze pojawiły się czołgi z czerwoną gwiazdą. Już zresztą w pół godziny potem dowódca AK zwątpił w swoją decyzję lecz jej nie odwołał.

Teraz cytat z Biblii historiografii tego zagadnienia, czyli książki Jana M. Ciechanowskiego “Powstanie warszawskie”: “Delegat Rządu zadał parę pytań m. in. “Co będzie gdy Rosjanie staną? Pełczyński odpowiedział, że wtedy Niemcy nas wyrżną, ale raczej nikt z nas nie wierzył, aby Rosjanie stanęli, bo było w ich interesie zajęcie Warszawy.”

Kiedy lud paryski ruszył na Bastylię, nie liczył pałek, z którymi wyruszył” – stwierdził po latach z gorzkim sarkazmem tenże sam gen. Pełczyński. AK miała utrzymać stolicę w swych rękach, co najmniej przez 12. godzin, aby umożliwić władzom politycznym i cywilnym państwa podziemnego rozpoczęcie funkcjonowania w podziemnej Warszawie.

Krwawa jatka (200 tysięcy ofiar) trwała przez 63 dni. Z większości lewobrzeżnej części miasta nie pozostał kamień na kamieniu.

ZROLOWANI W DYWAN

Oddajmy może jeszcze głos Niemcom i Rosjanom. B. szef Sztabu Generalnego Wermahtu Hans Guderian ocenił tę kwestię: “My, Niemcy mieliśmy wrażenie, że nie zamiar Rosjan sabotowania polskiego powstania, lecz nasza obrona zatrzymała rosyjskie natarcie. “Pół-Polak, pół-Rosjanin, późniejszy marszałek K. Rokossowski z kolei stwierdził: “Bór Komorowski i jego otoczenie wystąpili – kak ryżyj w cyrkie – jak klown w cyrku, który pojawia się w nieodpowiednim momencie i zostaje natychmiast zrolowany w dywan.”

Po wojnie, również i po stronie polskiej, nie brakło bardzo krytycznych ocen przyczyn podjęcia tragicznej decyzji o rozpoczęciu walki z Niemca. Najdalej chyba poszedł z nich płk. J. Boszczanin (ps. “Sęk”), który uznał, że wojskowe wiadomości i przygotowanie dowódcy AK Bora-Komorowskiego “ograniczały się do umiejętności dowodzenia pułkiem kawalerii i wyżej nie sięgały.”

WIĘCEJ ROMANTYZMU NIŻ POZYTYWIZMU

Zdaję sobie sprawę, że mój głos w tej patriotycznej sprawie zabrzmi – za przeproszeniem – niczym puszczenie bąka w kościele narodowym w najbardziej podniosłym momencie mszy świętej. No, bo wiadomo – krew bohaterów, heroizm, no i w ogóle czytanka do którejś klasy szkoły podstawowej. Nasze dzieje jednak uczą tego, że na kolejnych zrywach wychodziliśmy coraz gorzej. Weźmy XIX wiek i stosunek do nas Rosji carskiej – dwa powstania a po każdym było coraz gorzej. Mniej autonomii i swobód a o ofiarach nie wspomnę.

To samo z II Wojną Światową. Chociażby bracia Czesi – i co z tego, że w Monachium podeptano ich godność osobistą?! Siedzieli sobie w czasie wojny spokojnie i, poza jednym incydentem w Lidicach, włos im z czeskiej głowy nie spadł.

A piwa i knedli im nie zabrakło. Filozofia wojaka Szwejka zatriumfowała. Sto lat temu bardzo aktualna była dyskusja – co ma większy sens – kamikadzowska postawa romantyków, czy też praca u podstaw i bogacenie się jednostki w ramach pozytywizmu?

Póki, co zwyciężał w naszych dziejach romantyzm. A przecież nawet kamikadze zmądrzeli, założyli zarękawki i wzięli się za biznes. I ja mam nadzieję, że wreszcie wychodzimy z tej naszej polskiej Samosierry na zawsze.

 

Zbigniew Al. Wieczorek (ZEW)

 



 

 

 

MAJTY W UJAZDOWSKICH

Wczoraj Aleje Ujazdowskie, Wawa. Przed Urzędem Rady Ministrów stały posterunek KOD. To ludzie spod tego znaku wywiesili te polityczne majty.

Jest też jednoosobowa kontrdemonstracja – były górnik z Wujka. Upał, czas płynie, powoli. Na Kongresie PiS skandowano Jarek, Jarek! Są tacy, którzy mówią, że jak chodzi o wiwaty wracamy do lat 70-tych i Spodka,

Warszawa. W tymże URM mieściła się ponad 30 lat Akademia Nauk Społecznych przy tzw. KC PZPR. Ukończyłem ją. Ciekawe czy ustawa antykomunizacyjna obejmie też byłych absolwentów?

ref 1

zew wwa

Twierdza Kostrzyń, teraz Woodstock

Do 1945 roku to była nie tylko twierdza (ujście Warty do Odry), ale i miasto z Zamkiem, kościołami, Starówką. Katiusze w 1945 zrobiły swoje niszcząc ostatnie gniazdo faszystowskiego zwierza przed Berlinem. Zniszczono 95 procent zabudowań. Dopiero niedawno zaczęła się odbudowa…
Tak w ogóle w Kostrzyniu zaczyna się w czwartek polski Woodstock. Życie wraca…

brama cokol el mur fosa granica ja my  ptaki ruina

tunel

CZYM JEST DLA MNIE ZAWIERCIE?

Redakcja „Nowego Zagłębia” zwróciła się do mnie z prośbą o wypowiedź na temat – CZYM JEST DLA MNIE ZAWIERCIE? Dobre pytanie, bo czym może być miasto w którym się urodziłem, ukończyłem szkoły (SP-9, SP-2 i II LO), zdałem maturę, przeżyłem pierwsze miłości i do dzisiaj jestem zameldowany, chociaż nie zawsze mieszkam?!

Jesienią tego roku mam nadzieję ukończyć 60 lat. To również zmusza do refleksji. Przyszły do mnie wtedy, kiedy w maju br. głosowałem w wyborach prezydenckich. Obwód wyborczy przeniesiono mi do mojego przedszkola na Kępie (adres ulica Marszałkowska, Boże jak ona upadła!).

Pięknie odmalowane, nosi imię Misia Uszatka. Obok na skwerku różne huśtawy i inne urządzenia do zabawy. Kto dzisiaj pamięta szefową przedszkola Panią Baranową? Zachowało się jedynie zdjęcie, kiedy mały Zbysiu z ptaszkiem papierowym na głowie bierze udział w jakowymś dziecięcym teatrze.

Co do teatrów nad Wartą to największe znaczenie miała dla mojego rozwoju Teatr Poezji w II Liceum Ogólnokształcącym (wtedy imienia Majakowskiego) kierowany przez ówczesnego dyrektora Józefa Niedźwieckiego. Nie grałem tam wielkich ról, statystowałem oraz byłem odpowiedzialny za technikę dźwiękową, ale co przeżyłem to przeżyłem. Zapadł mi w pamięć zwłaszcza rok 1973. Wówczas to Interwizja (!) pokazała nasze przedstawienie kopernikowskie mające miejsce w Planetarium Śląskim.

Zawiercie to przede wszystkim miejsce mojego urodzenia – Szara Kamienica (jeden z budynków fabrycznych TAZ, tzw. Czerwonych domków), która stała na miejscu myjni samochodowej koło Tesco już nie istnieje. Utrwaliłem jej ślad w książce pod tym tytułem napisanej razem z matką Natalią – rocznik 1932.

Zawiercie to też Jura Krakowsko – Częstochowska, którą na progu lat 70-tych odkrywałem jeżdżąc na starej damce. Jura, która wtedy świeciła pustkami. Po latach Jurę tę chce odkrywać również mój syn Maciej z wnukiem Antosiem oraz synową Karoliną. Byliśmy nie tak dawno na pikniku rodzinnym zlokalizowanym w rzędkowickich skałkach.

Zawiercie to również moja pierwsza praca, w starej „Bawełnie”, gdzie teraz „wodociągi” i „pośredniak”. Byłem tam przez rok kierownikiem radio-studia zanim mnie poniosło w 1975 na studia dziennikarskie do Katowic i tam już wsiąkłem. Ale myślę i wracam. Nawet jeżdżę autem z zawierciańską rejestracją.

Miasto się zmienia. Nie ma już kina „Stella” (zamiast niego ZUS), nie ma wesołego domu babci po mieczu Janki i harmonisty Miśty – róg Szerokiej i Blanowskiej, w kinie „Włókniarz” też jakaś „Biedronka”, „Żabki” te same, ale nie takie same. No i pytam – gdzie krasnoludek, którego tu dano wraz z pierwszymi „Żabkami” w latach jeszcze 60-tych, a który przydał się komuś do ogródka?!

Mam swoje zdjęcie, bardzo pyzate w wieku lat jeden, zrobione na łące w miejsce które teraz się nazywa Stadion Tysiąclecia Państwa Polskiego…. Nie można jednak tylko oglądać się do tyłu i wspominać, ale czasem trzeba. Dzisiejsi młodzi Zawiercianie też będą mieli swoje wspomnienia. Mam nadzieję, że znajdą takich, którzy zechcą im poświęcić uwagę.

Zbigniew Aleksander Wieczorek

(ZEW)

P.S. Tekst ukazał się w lipcowym numerze Nowego Zagłębia  z okazji 100- lecia ZAWIERCIA.

nz 1

dziadki

Jan i Józefa Wawszczyk, dziadkowie po kądzieli

mama syn

Przed Szarą Kamienicą, mój syn Maciej i mama Natalia.

Trójkąt Trzech Cesarzy

Kiedyś (do roku 1918) schodziły się tu granice trzech zaborów – niemieckiego (pruskiego), rosyjskiego i austriackiego. Od strony niemieckiej górowała tu Wieża Bismarcka, organizowano tu festyny i inne imprezy, latały sterowce, spacerowały panie w eleganckich sukniach, a dzisiaj?

cesarze

Ciężko się tu dostać jak nie wiesz gdzie to jest. Od strony sosnowieckiej Niwki prowadzi tu wąska ścieżka prowadząca wałem nad brzegiem Białej Przemszy. Trójkąt znajdował w pobliżu wiaduktu kolejowego w miejscu, gdzie rzeka ta wpada do Czarnej Przemszy tworząc Przemszę właściwą.

Lepszy dojazd, nieco szerszą ścieżką rowerową jest od strony Mysłowic. Od 2007 roku postawiono mu skromny dwumetrowy obelisk. Są też trzy ławki i miejsce do grilla. Poza tym zarośla i lasy, a przecież kiedyś była tu nawet przystań.

Szkoda, że ani województwo śląskie, ani miasta na których terenie nie robią biznesu na tej ciągle żywej przecież historii.

z daleka ja rzeka sciezka

BRAMA CUKERMANA – WEHIKUŁ CZASU

Fundacja Brama Cukermana założona została 10 marca 2009 roku w Będzinie z inicjatywy Karoliny i Piotra Jakoweńko. Impulsem do jej powstania była potrzeba uratowania żydowskiego domu modlitwy znajdującego się w tzw. Bramie Cukermana, w którym zachowały się zabytkowe polichromie.

To praktycznie jedyny widoczny ślad – (oprócz kirkutu – cmentarza) znajdującego się z drugiej strony Wzgórza Zamkowego dawnych śladów kultury żydowskiej w tym mieście. Cukermanowie byli przed II wojną jednymi z najbogatszych Żydów w mieście. Obecnie zaułek, noszący ich imię, jest częściowo w remoncie, częściowo zaniedbany.

Można jednak zwiedzać oraz słuchać opowieści przewodnika o byłym domu modlitewnym, wyznawców cadyka z Radomska. Takich miejsc kultu było do 1939 roku w liczącym 27 tysięcy Żydów aż 80.

Historia budzi obecnie coraz większe zainteresowanie, także młodzieży. W niedzielę, 12 kwietnia na prelekcję i zwiedzanie domu modlitewnego w Bramie Cukermana zaprosiła Fundacja o której była mowa na wstępie. Frekwencja była nadspodziewana – przyszło 40 osób i brakło nawet krzeseł! Do wehikułu czasu przenoszącego nas w epokę, która minęła zaprosił nas w imieniu Fundacji Brama Cukermana Andrzej Ciepał.

Patrz także:

www.bramacukermana.com

Imperium Czartoryskich, co pozostało w Puławach?

Z Lublina kamieniem rzucić do Puław, tam też dzięki uprzejmości Pani profesor Jolanty z UMCS mieliśmy gościnę. Puławy to nie tylko Zakłady Azotowe – coraz bardziej w zaniku, ale przede wszystkim kiedyś Imperium Czartoryskich.

Książę Adam Jerzy Czartoryski (żył lat aż 91!) musiał opuścić swoje włości po powstaniu listopadowym. Dostał wyrok śmierci, który miał być wykonany przez „ścięcie toporem”. A pomyśleć, że jeszcze na początku wieku XIX był ministrem spraw zagranicznych Cesarstwa Rosji; potem jednak obudziła się w nim polska dusza.

Musiał pośpiesznie uciekać na zachód, do Paryża i dlatego Norwid miał do kogo po drobne uczęszczać. Również w Puławach ród ten wspierał aktywnie artystów wszelkiej maści. W tej chwili główny Pałac jest odnowiony i w dobrym stanie – działa tu od lat Instytut Upraw, Nawożenia i Gleboznawstwa.

Matka Księcia Adam Jerzego, słynna Izabela z Flemmingów, była również mecenasem sztuki. Złośliwi powiadają, że była metresą króla Stanisława Augusta, a jej mąż generał Adam Kazimierz Czartoryski wcale nie był ojcem Adama Jerzego tylko ambasador Moskwy w Warszawie.

Dzięki Izabeli Puławy kwitły – tworzyła tu pierwsze bodajże w Polsce muzea, których pozostałością są budynki Sybilli i Domu Gotyckiego. Oba są odnowione, park jednak częściowo zaniedbany, a szkoda, bo przecież miasto mogłoby na tej perełce zarabiać.


Ciężkie czasy pedzioł Rus…

…jak z banhofa zygor nius! Czyli tłumacząc na nasz, ciężki ten zegar powiedział obywatel Wielkiej Rosji niosąc zegar zarekwirowany na dworcu kolejowym.

Zbliża się 27 stycznia, rocznica wkroczenia Armii Czerwonej do Polski centralnej, a także na Śląsk i okolice. W związku z tym paru polityków wzięło się za analizy historyczne. Czy pierwszy w Auschwitzu był Żyd, oficer ruski, czy Front był Ukraiński to służyli w nim sami Ukraińcy? Itd. itp.


Większość rozważań kończy się tym, że nie nie była to żadna wolność tylko kolejna noc okupacji przyniesiona na ostrzach czerwonych bagnetów. Urodziłem się 10 lat po wojnie więc sprawę znam tylko z relacji tych, którzy wtedy żyli. Matka miała lat niecałe 13. Mieszkała w Zawierciu.

Najpierw więc cwałowali na zachód w stronę Siewierza biednymi konikami i furmankami, albo piechotą Niemcy. Nie wyglądali już na panów świata. Ze strachem oglądali się za siebie. Zwycięska armia, która ich goniła miała karabiny na sznurkach, dziurawe szynele i ciągle pytała DALOKO BERLIN. Jeden z ruskich wypiął dupę i zaczął wykonywać duża potrzebę. Dzieci się z niego śmiały, przyleciał jakiś lejtnant i kopnął go w tenże tyłek żeby przestał. Potem Rosjanie przychodzili do kamienicy gdzie mieszkała matka. Jeden z sąsiadów handlował z nimi mając do zaoferowania samogon i dwie dorosłe córki.

Podobne biznesy robił z Niemcami. Teść mój Antoni był wtedy żołnierzem Wehrmachtu w Festung Breslau. Miał 17 lat. Żołnierze rosyjscy byli jak gracze w dwa ognie – z przodu Niemcy, z tyłu linia NKWD. Nie można się było cofnąć, bo kula w łeb. W manierce wyfasowana wódeczka. No się krzyczało Uraa! i naprzód.

Ojczym Adam na początku 1945 roku uciekał przed wojną przez Kamienną Górę (Dolny Śląsk, był tam na robotach pod Legnicą). Żeby nie dostać kulką miał na plecach pierzynę…

KONKLUZJA. Rosjanie się tu nie zapraszali. Wojnę rozpoczął Hitler, no to go pogonili. Zginęło ich na polskich ziemiach 600 tysięcy. To jest wojna więc była i patologia z ich strony – kradzieże i gwałty. Zresztą kto wtedy walczył w szeregach Armii Sowieckiej? Pierwszą czystkę, głównie wśród kadry oficerskiej, zrobił sam Stalin w 1937, potem dołożyli swoje Niemcy, którzy przecież ślepakami nie strzelali. No więc na finiszu wojny przeważał element negatywny w szeregach krasnoarmiejców, głęboka Azja.

W tym wszystkich zważmy kto był dla Polaków mniejszym złem? Niemcy, którzy chcieli nasz eksterminacji totalnej, czy Rosjanie, którzy jeszcze dyszeli żądzą rewanżu za rok 1920?

Wyszło jak wyszło, tylko, że teraz przegrani w tej wojnie są naszymi cacy -sojusznikami a Rosjanie burakami i wrogami. Polska nie jest położona na wyspie dlatego zawsze będzie miała problemy z sąsiadami. Nie mamy polityków tego formatu, którzy umieliby w tym układzie utrzymać niezbędną równowagę. Tak jest jak jest.

A wymachiwanie szabelką w kierunki wschodnim jest dziecinadą.