JAK DENEUVE POKOCHAŁA GORYLA

goryl

Najnowszy film Belga Jaco Van Dormaela (rocznik 1957), Zupełnie Nowy Testament (rok 2015), opowiada historię Boga, który mieszka w Brukseli. Jego głównym zajęciem jest utrudnianie ludziom życia oraz znęcanie się nad żoną i córką. Ta ostatnia postanawia się zbuntować – zdradza ludziom daty ich śmierci, co doprowadza do światowego chaosu. Potem ucieka z domu, żeby po raz kolejny nie dostać pasem. Tak zaczyna się najnowszy obraz reżysera. Obraz, który urzekł już publiczność w Cannes i na wrocławskich Nowych Horyzontach, zebrał mnóstwo pozytywnych recenzji i mia szansę zdobyć Oscara dla najlepszego filmu nieanglojęzycznego.

  • Kiedy zaczęliśmy pisać scenariusz z Thomasem Gunzingiem, zadaliśmy sobie pytanie, co by było, gdyby Bóg był Boginią? Jakie zmiany by to spowodowało? Zarówno w Starym, jak i Nowym Testamencie kobiety wypowiadają zaledwie kilka zdań, praktycznie nie mają głosu. Biblia to historia tworzona przez mężczyzn dla mężczyzn. W naszym najnowszym filmie Bóg istnieje. Ma żonę i córkę, które traktuje okropnie, w domu panuje absolutny patriarchat. Dlaczego córka nie miałaby się zbuntować? W końcu Jezus też był buntownikiem w swoich czasach. Zaczęliśmy się zastanawiać, jak wyglądałby świat, gdyby to dziewczyna zebrała swoich apostołów i odpowiadała za Nowy Testament. Ten film to tylko jedna z wariacji na temat pytania, jaki mógłby być świat, w którym wszystkie najważniejsze reguły gry ustalałyby kobiety, twierdzi belgijski reżyser.
  • ZEW: Film widziałem na CBS dzisiejszej nocy. Szokuje. Bóg alkoholik, nieudacznik, tyran domowy, który do świata ludzi dostaje się przez wydłużony bęben pralki z osiedlowej pralni? Cały świat musi naprawiać jego 10-letnia córka, która w odróżnieniu od ojca umie przynajmniej jak jej brat (czyli Jezus) chodzić po wodzie.
  • Niezłe jest zawiązanie akcji – dzięki hakerstwu córki ludzie na całym świecie dowiadują się kiedy umrą. Co do godziny i minuty. Wiadomość dostają SMS-em. Robi się niezły Armagedon. Wymyśliłem coś podobnego, ale nie zrealizowałem. Już w chwili urodzenia ludzie w zależności od tego co sobą reprezentują dostają przydział życia. Jedni minutę, inni tysiąc lat. Niestety, ludzie są tylko ludźmi – zaczyna się czarny rynek handlu czasem życia…

    To Belg jednak wdrożył swój pomysł, a nie ja więc chwała mu za to. Wielu twórców równolegle ma podobne pomysły i niech tam będzie. Kiedyś skrobnąłem również opowiadanie o żonie Boga (o której nie mówi nikt), która daje zmęczonemu po dyspucie – wojnie z innymi Bogami obiad. Potem on z synem Jezusem pije ambrozję. Zwyczajne domowe życie…

    To właśnie żona Boga sprzątając jego gabinet – archiwum nieświadomie resetuje komputer i wyroki śmierci nadane przez przekorną córkę zostają cofnięte. Następnie klikając po resecie ustawia świat na to, tak, żeby był piękny. Może rzeczywiście Bogowe są zmęczeni i świat należałoby ustawić na nowo? Bo ten, który istnieje jest nie do wytrzymania.

  • P.S. W filmie „Nowy Testament” brawurowo swą rolę jednej z nowych Apostołek odegrała Catherine Deneuve. Przegania swego niedobrego męża i bierze za kochanka …goryla z Zoo. Z nim jest dopiero szczęśliwa…

 

BYŁEM WIĘŹNIEM W OŚWIĘCIMIU (III)

Częśc trzecia i ostatnia mojego reportażu z roku 1989 kiedy to Amerykanie krecili film „Triumf ducha” w byłym KL Auschwitz…

Z wolna barak pustoszeje. Gdzieś w kącie brzęka butelka. Ktoś czka i chwiejnie startuje w stronę wyjścia.

- 5, 4, 3, 2 i ostatnie moje słowo… – chrypi Zuchowata Tuba.

- To kup se nowe baterie! – rzuca ktoś pod jego adresem.

W GRECJI NIE NOSZĄ SZALIKÓW

Zbliża się północ. Znowu na rampie. Przepychanie w piątkach.

- Tyś tu nie stał! – trwają przetargi. Siwy mężczyzna w płaszczu do ziemi wypycha jakiegoś chłopaczynę w marynarce. Ten wsadza ręce do kieszeni i, kulejąc z zimna, odchodzi gdzieś do tyłu. Ci w marynarkach na tej nocy wyszli najgorzej.

“Sonderkommando” przegląda szeregi, a ekipa montuje tory pod kamerę. Wzdłuż szeregów idzie Garderobiana.

- Co się pan wygłupia? Zdejm pan ten szalik, przyjechał pan z Grecji, tam jest przecież lato i nie nosi się szalików! – porusza zasuszonego, szczupłego mężczyznę. – I po co panu ta torba? Nikt panu nie ukradnie drugiego śniadania, niech pan ją schowa do wagonu. Dajcie mu walizkę. Walizki są tekturowe, kredą napisano na nich numery inwentarzowe i “Jude”.

Tym razem zadanie filmowe jest następujące – piątki mają przejść krok do przodu, potem dwa kroki, przerwa i znowu trzy kroki, przerwa. Dziesięć prób tej sceny trwa ( z coraz bardziej przedłużającymi się przerwami) około godziny.

Zniecierpliwienie narasta. Esesman nerwowo zaciąga się Popularnym. “Co oni sobie myślą”. “To nie Ameryka, a my nie Murzyni!”. Statyści i tak robią tylko za tło – kamerę interesuje przede wszystkim chłopiec podtrzymujący aktora w jasnej marynarce. Obok nich mężczyzna w marynarce z czerwonym pasem na plecach.

W przerwach nie wolno łamać piątek. Ale nikt tego nie przestrzega. Człowiek, któremu odebrano szalik, gromadzi wokół siebie spore grono słuchaczy.

- Oto jest mój dom, a w ogrodzie hoduję 1800 róż – pokazuje jakieś zdjęcia.

- Ale bałagan! Czegoś takiego nie było trzy lata temu, jak Amerykanie kręcili “Wojnę i pamięć” – wzdycha Statysta-Bywalec i wznosi oczy ku niebu znokautowanemu przez reflektory i lampy. – No i płacili za dodatkowe godziny i zdjęcia, a ci…

Kamerzysta ziewa ostentacyjnie. Dostojny Reżyser konferuje z Majkiem i Tubą z Brodą. ZMIANA KONCEPCJI. Będzie potrzebnych tylko siedem pierwszych piątek. Tylko tyle będzie widać w kadrze. Tuby, ta z Brodą i Zuchowata, trzymają wszystkich w pogotowiu.

Tym razem kręcona jest scena na torach. Sonderkommando wsadza kilka kobiet do ciężarówki, w tym aktorkę, Ładną Brunetkę, a pies szczeka ile wlezie. Powtarzają to bez końca. W przerwach Ładną Brunetkę otulają kurtką i poją herbatą. Znowu wirują płatki śniegu.

- Coś trzeba z tym zrobić. Kapo się zbuntowali, Amerykanie ich podobno poparli – do mojej piątki przyszedł młody, szczupły, w płaszczu w jodełkę i podpuszcza. – Kapo to aktorzy z teatrów i dostają tylko dziesięć tysięcy za noc. Chcą jeszcze 3,5 tysiąca jako zwrot kosztów. A Amerykanie podobno dostają pięć tysięcy dolarów za noc. Ale nas poprą. Chodźcie do kierownika i postawmy sprawę jasno.

Ktoś dorzuca: “A w niedzielę zbuntowali się esesmani. Oni są przecież cały czas na planie”. Nikt jednak nie rusza się.

- Cisza na planie! – wrzeszczy Tuba z Brodą. I znowu pies ujada jak oszalały. Jakaś kobieta w wagonie zemdlała. Podobno chorowała na serce. Przydają się nosze i karetka.

MESJASZ JEST MIĘDZY NAMI

Jest wpół do drugiej. Wszyscy już mają dość. Na rampie coraz mniej ludzi. Większość weszła do wagonów. Postęp: kobiety z dziećmi mogą iść do baraku nr 9, mężczyźni pozostają ustawieni piątkami.

Wchodzę do wagonu. Przepycham się przez stojących w wejściu i natychmiast o ludzi śpiących na workach ze szmatami. W kącie słychać spazmatyczny śmiech dziewczęcy i pijacki bełkot. Moja ręka na coś natrafia. Podnoszę do światła wpadającego przez zakratowane drutem kolczastym okienko. To kobiece majtki.

Wyglądam. Esesmani z psami i kobiety wsiadające do auta – znikli. Jest tylko kilkudziesięciu mężczyzn zgrupowanych w pierwszych piątkach i Aktor. Stoi na brzegu rampy, przodem do torów i patrzy intensywnie w dal. Nagle Dostojny Reżyser bardzo zresztą naturalistycznie, szczeka – hm, czyżby nie ufał polskim psom? Aktor cofa się kilka kroków. Kręcą tę scenę chyba 40 minut.

Ten Aktor, to chyba Willem Defoe, bohater “Ostatniego kuszenia Chrystusa”. A więc i Mesjasz trafił na rampę w Birkenau. I to podobno za 5 mln dolarów. Wpół do trzeciej przypomniano sobie o statystach. Każą im znowu maszerować. Ci stają twardo: “Nie będziemy dalej grać, jak nam nie zrobią herbaty! Co to za problem! Kapitaliści żłopią bez przerwy!”

- Panowie, spokojnie, szkoda czasu na herbatę – tym razem Zuchowaty Młodzieniec nie ma już tuby i zmienił ton. Dostojny Reżyser podnosi brwi i pyta Tuby z Brodą: “What?”

Jeszcze kilkanaście przemarszów i punktualnie o trzeciej KONIEC! Tej nocy nakręcono mniej więcej pięć minut filmu netto. Przez godzinę trwa potworne zamieszanie – nie można dostać się do autobusów odjeżdżających z obozu. Jak widma, postacie z żółtymi gwiazdami na klatkach piersiowych, mieszają obozowe błoto. Grzęzną w nim i autobusy. W bramie tworzy się korek.

W autobusie siadam obok Statysty-Bywalca:

- A jutro – od nowa. Chyba nie pójdę do roboty – mówi.

Na parkingu otwierają tylko jedne, przednie drzwi. Każdy, kto wysiadł, oddaje plastykowy numerek i dostaje paragon. A na nim wypisana CENA TEJ NOCY – po potrąceniu podatku zostało 3680 zł. Dla niektórych była to już czwarta noc…

Ostatnia kolejka, do szatni.

- Będzie pan jutro? – pyta Nadgarderobiana, odwieszając mój kostium.

- Może.

(Tygodnik “Rzeczywistość”, Warszawa, 23 kwietnia 1989 r., nie istnieje)

Historia tego artykułu nie jest prosta – odrzuciła go wówczas “Polityka”. Red. Marek Henzler oświadczył, że obraża on uczucia martyrologiczne Polaków. Puściła go więc konkurencja, czyli “Rzeczywistość”, ale zaraz potem padła.

A kto obrażał uczucia ten obrażał – ze względu na opisane przez mnie bezeceństwa był to ostatni film jaki kręcono na terenie obozu w Oświęcimiu. Następny, “Lista Schindlera” był już przez Spielberga kręcony za drutami, w barakach zbudowanych na potrzeby filmu. A tak w ogóle to kwitek na 5 tys. zł jakie mi się należało za statystowanie zgubiłem i jedyną moją dolą była wierszówka z “Rzeczywistości”. Na całe szczęście nieco większa)

BYŁEM WIĘŹNIEM W OŚWIĘCIMIU (II)

Dokładnie 20 lat temu Amerykanie kręcili film w Oświęcimiu. Nazywał się „Triumf ducha” i grał w nim żydowskiego boksera Will Defoe. Ja robiłem tam za statystę. To był ostatni film zrealizowany na terenie obozu. Na następne już nie zezwolono…

Oto ciąg dalszy mojego reportażu z tamtego wydarzenia, nie tylko filmowego.

Na rampę zajechał pociąg pełen Żydów z Grecji….

…Na znak dany przez Tubę z Brodą słychać płacz i zawodzenie, a potem wszyscy zaczynają się miotać. Polega to na tym, że całuje się i ściska najbliższą osobę, po czym ludzi rozdziela Sonderkommando w pasiakach. Ja już z pięć razy obcałowałem i wyściskałem stojącą obok mnie niską panią koło pięćdziesiątki, a Sonderkommanda nie widać. Co robić – rozstajemy się więc z “żoną” na własną odpowiedzialność i ustawiamy się posłusznie w piątki.

Powtarzamy. Wcześniej Sonderkommando dostaje OPR za to, że nie jest zbyt aktywne. Podczas siódmej chyba próby tej samej ciągle sceny, wiatr się wzmaga i zaczyna się zadymka śnieżna. Nad kamerą ustawioną na wysokości pierwszego z wagonów pojawił się plażowy parasol znad bufetu.

- Nie lubią jak pada śnieg, obraz jest wtedy zamazany – mówi do mnie moja “żona”. Ona wie lepiej, była już wczoraj. Wczoraj, a raczej dzisiaj, bo skończyło się o czwartej rano. O której skończy się tej nocy?

Moją uwagę zwraca wysoki, młody człowiek z wąsem w jasnej marynarce, który w scenie pożegnania z ładną brunetką wykazuje stanowczo zbyt dużo entuzjazmu jak na pracującego za 4 tysiące złotych. Może chce się przed nią popisać, aby ją zaciągnąć do wagonu?

- Przecież to aktorzy! – strofuje mnie oburzony Statysta-Bywalec, który jest ze mną w jednej piątce.

PAN MAJK MOŻE SOBIE RZĄDZIĆ W AMERYCE!

Zadymka nieco ucichła. W ekipie trwają jakieś pertraktacje, a czas płynie. Jest po dwudziestej. Psy – zniecierpliwione długim staniem – szczekają. Jeden z nich zapoznaje się bliżej z innymi częściami ciała stojącej obok suki. Powoduje to ogólną wesołość.

Patrzcie, ale jej minetę odstawił! – cieszy się obok jakiś emeryt. Humory jeszcze dopisują, lecz już niektórzy ze statystów szemrają. “Dokąd to będzie trwało?”, “Kończmy to i róbmy coś innego!” – słychać.

Pertraktacje w ekipie przedłużają się. Aż wreszcie rozlega się sakramentalne: “ACTION!”. Z próbami to ujęcie powtarzano 15 razy. Przerwy ciągną się bez końca. Dochodzi dwudziesta druga i jest coraz zimniej. Esesmani zabawiają się wzajemnym szczuciem psów. Któregoś asystenci reżysera wyzywają za to, że defiluje z duża torbą, z której wystaje butelka z herbatą.

- Widział pan kiedyś esesmana z taką torbą? – krzyczy Tuba z Brodą.

Ludzie zaczynają się rozłazić. Coraz więcej wchodzi do wagonów. Tam jest trochę cieplej, bo przynajmniej nie wieje.

- Co? Do ubikacji? Do jakiej ubikacji?! Nie ma żadnego sikania bez mojego pozwolenia! – wrzeszczy inna tuba. Złapał ją znany nam już Zuchowaty Młodzieniec. Ten urzęduje na torach i dorwał właśnie jakieś panienki, które umykały boczkiem.

Amerykanie i esesmani raczą się bez ograniczeń kawą i herbatą z plastykowych kubków. Donoszą im też kanapki. Nie dla statystów jednak te rarytasy. Jak już któremuś uda się wyrwać z rampy, to bufet go nie obsłuży – żółta gwiazda wyznacza nam miejsce w hierarchii społeczności planu filmowego.

- A teraz ustawiamy się w piątki, pamiętamy kto w której piątce stoi i z kim idziemy na posiłek! Ale po kolei! Najpierw kobiety z dziećmi – słychać upragniony tekst przez jedną z tub. Narastający szmer zastępuje westchnienie ulgi.

Przed wejściem do ogromnego drewnianego baraku numer 9, gdzie jest stołówka, zrobił się gigantyczny korek. Tłum, jak zaczarowany dźwiękiem fletu, słucha Tuby Zuchowatego Młodzieńca., który własną piersią i głosem broni wejścia:

- Najpierw małe dzieci z opiekunami, potem kobiety, a następnie SS, Sonderkommando i reszta.

Amerykanie swoje zaplecze socjalne mają w kilkunastu przyczepach campingowych. W kuchni sa kuchenki mikrofalowe, podgrzewacze, no i wybór kilku dań. Jak ktoś ma ochotę, to jest i czekolada, banany, coca i piwo. A przed wejściem do baraku nr 9, obsikiwanego niemiłosiernie (podobne jak i inne baraki), dwie kuchnie polowe. Przy płomieniach grzeją się to bez oznak wrogości ostrzyżeni nastolatkowie, esesmani w porozpinanych mundurach, wymalowane dziewczyny, przytulane przez żołnierzy Ludowego Wojska Polskiego obsługującego kuchnie, inwalidzi z kulami, Sonderkommando w pasiakach.

- A wiecie, co zrobiłem po tym, jak trzeci raz przeleciałem żonę? Odpiąłem narty! – dobiega mnie końcówka opowiadanego przez kogoś kawału.

W baraku czeka na nas talerz grochówki i bułka. Herbaty nie można się napić, bo wyszły kubki. Zanim dochodzę do wolnego miejsca, zupa stygnie prawie zupełnie.

Zuchowata Tuba uświadamia:

- Pan Majk to może sobie rządzić w Ameryce! Jak my coś powiemy, to nas trzeba słuchać! Przecież to “Poltel” wam płaci, a nie pan Majk! Tu, w końcu baraku prawie go nie słychać i nie bardzo wiadomo o co mu chodzi.

Obok siedzi zaczytana dziewczyna.

- Oczy sobie pani popsuje, przecież tu ciemno – mówię do niej.

- Niech pan posłucha, przecież to takie piękne – odpowiada i czyta: “Nad nami – noc. Goreją gwiazdy. / dławiący trupi nieba fiolet / Zostanie po nas złom żelazny / i głuchy drwiący śmiech pokoleń”. To Borowski; przygotowuję się do próbnej matury.

- A kiedy pani śpi?

- Jak to kiedy? Na przerwach. Koleżanki chyba szlag trafi, kiedy mnie zobaczą w kinie.

A Zuchowata Tuba finalizuje przerwę:

- Teraz liczę do sześćdziesięciu. Jak wszyscy nie wyjdą, to zobaczycie. Zapiszę numery i dostaną połowę pieniędzy! Uwaga! 60, 59, 58 …!

(Dokończenie nastąpi)

BYŁEM WIĘŹNIEM W OŚWIĘCIMIU (I)

Dokładnie 20 lat temu Amerykanie kręcili film w Oświęcimiu. Nazywał się „Triumf ducha” i grał w nim żydowskiego boksera Will Deofoe. Ja robiłem tam za statystę. TO był ostatni film zrealizowany na terenie obozu. Na następne już nie zezwolono…

Najpierw zobaczyłem plakat na dworcu kolejowym w Katowicach. Można zostać statystą w amerykańskim filmie “Day by day”, który będzie kręcony w Oświęcimiu. Płacą 4 tys. zł za odzież, 9 tys. za rozebranie się do naga w łaźni (też za każdy dzień), no i duża sprawa – jednorazowo 40 tys. dla mężczyzny za ogolenie się na zero! Kobiety za to samo mogą dostać dwa razy więcej.

DO ZOBACZENIA W OŚWIĘCIMIU!

Nabór statystów przeprowadzał katowicki “Poltel” 9 stycznia. Przed wejściem kolejka. Za mną dwóch emerytów spod Chrzanowa.

- Będą bili naprawdę?

- Cholera ich wie, może się któremuś pała omsknąć. Ciekawe, czy coś grubszego dadzą pod pasiak włożyć, jak te psy będą chatrać?

Po godzinie stania, gdy zebrało się sto osób, wpuścili nas do środka. Odprawę grupy prowadzi Niski Łysiejący Brunet. “To ten, który w “Vabank II” grał reżysera!” – mówi ktoś za mną. Brunet mówi, żeby już teraz zdecydować się, czy chcemy na stałe, czy na dorywczo. Bo pieniądze za dodatkowe usługi (strzyżenie, łaźnia) będą tylko dla tych, którzy na stałe.

Matka ładnej, czarnej dziewczynki pyta, czy można zapisywać dzieci. Brunet tłumaczy, wyjaśnia. “To będzie luty, może być w nocy mróz, a zaczniemy od zdjęć nocnych. Proszę państwa pamiętać jednak o tym, że TO JEDNAK JEST OBÓZ”.

Na sto osób tylko dziesięć będzie statystować dorywczo. “Stali” z Brunetem idą konferować za róg, my zostajemy z Dziewczyną w Okularach. Okulary klasyfikują nas narodowościowo. Większość z nas będzie Holendrami.

- Trzy razy ten reżyser namawiał mnie żebym się rozebrała – chwali się wszystkim naokoło niewiasta w wieku balzakowskim. – Widać wpadłam mu w oko. Ale ja się oczywiście nie zgodziłam! Chodź Jacek, my możemy bez kolejki się zapisać – i przepycha się z kilkunastoletnim chłopcem, wyraźnie po chorobie Heinego-Medina, do spisujących umowy pracowników “Poltelu”.

Ci, co poznali się podczas naboru, żegnają się: “Do zobaczenia w Oświęcimiu!”

ZIELONI NA LEWO, ŻÓŁCI NA PRAWO!

Wtorek, 14 lutego. Zbiórka statystów pod “Pewexem”, obok hotel “Katowice”. Tłumek statystów miesza się z cinkciarzami. Jest wśród tych ostatnich mój znajomy. – Ty tez tam? – pyta – A za ile? Mówię mu. – Co? ZA DOLARA BAKAĆ CAŁĄ NOC? Powiedziałbyś to dziewczynce z hotelu, ale by się uśmiała!

Zajeżdżamy pod główny obóz w Oświęcimiu. Tu wszyscy do bloku 32. Najpierw trzeba pobrać odpowiedniego koloru plastikowy numerek, a potem przebrać się w szatni. – Zieloni na lewo! Żółci na prawo! Najpierw ci, którzy byli wczoraj! – wrzeszczy od wejścia Zuchowaty Młodzieniec. Ci, którzy już byli wczoraj stoją w kolejce przyszywają żółte gwiazdy Dawida.

Rozmawiam ze Statystą – Bywalcem. Grał jeszcze Krakowie w filmie z samym Cybulskim. – Wczoraj mnie nie wpuścili, nawaliłem się, ale za to byłem w Brzezince i załapałem się dwa razy na wątróbkę – mówi Bywalec. Zdejmuje na chwilę wełnianą czapkę i gładzi swe przystrzyżone na zapałkę włosy.

- Jeszcze dziesięć żółtych kobiet do przodu! Nie dwadzieścia i nie czterdzieści osiem, ale DZIESIĘĆ! – wrzeszczy znowu Zuchowaty Młodzieniec. Dotarłem do dzielących numerki. O żadnych Holendrach nikt nic nie słyszał. Albo będę robił za greckiego Żyda albo do widzenia.

Biorę zielony numerek 578 i idę do garderoby na I piętro bloku 23. Przez otwarte drzwi szatni widać scenkę – garderobiane na kolanach młodych, zdolnych adeptów sztuki filmowej. Pod stołami las butelek po piwie. Z drzwi szatni męskiej wypada rozbuchana grupa nastolatków: “Co? Nas za esesmanów? Nigdy!” Przychodzi moja kolej. Nadgarderobiana mierzy mnie krytycznie, po czym uzupełnia moje odzienie o długi, czarny, ocieplany płaszcz i kaszkiet w kratkę. Na płaszcz jakieś dziewczę przyszywa mi na sercu żółtą gwiazdę Dawida z greckimi literami.

THIS IS YOUR ŻONA

Autokary jadą wreszcie na rampę. Zbliża się godzina dziewiętnasta. Obóz jest rzęsiście oświetlony. Do rampy trzeba iść prawie kilometr błotnistą drogą. “Prędzej, szybciej zaczniecie, szybciej skończycie!” – słychać głos Zuchowatego Młodzieńca. Na rampie tłum tysiąca statystów. Mężczyzn jest trochę więcej niż kobiet i dzieci. Część ze statystów stoi w kilkunastu bydlęcych wagonach z napisami “Deutschebahn”.

Na torach kilkunastu esesmanów. Kilku z nich ma psy (esesman 4 tys. zł, pies 5 tys. zł za dzień zdjęciowy). Na tory wjechała też ciężarówka oraz karetka sanitarna. Po drodze wzdłuż rampy jeździ retro-motocykl marki “Zuendapp” dosiadany przez esesmana (40 tys. za dzień zdjęciowy).

- Byliście tydzień w drodze. Przyjechaliście właśnie do obozu, większość z was już wysiadła z wagonów, reszta wysiada. Sonderkommando ustawia osobno piątkami mężczyzn, osobno kobiety. Wyrzuca też z wagonów bagaże, a chorych bierze na nosze – nadaje do nas Tuba z Brodą wychylająca się z pierwszego wagonu.

Z Amerykanami Tuba z Brodą porozumiewa się po francusku. Ekipa amerykańska usytuowała się pośrodku rampy. Dostojny Reżyser obok Kamerzysty, który ze względu na taka samą siwą, krótko przystrzyżoną brodę, jest bardzo do niego podobny. Za kamerą kilka metrów przerwy, elegancki oficer SS w białym szaliku, a potem składane fotele – każdy z personalnym określeniem swego amerykańskiego właściciela. Jeszcze bardziej z tyłu gorące napoje pod olbrzymim, plażowym parasolem.

Jest około zera stopni. Wieje lekki, zimny wiatr. Podwójne lampy na słupach usytuowanych pośrodku rampy oraz trzy potężne reflektory na podnośnikach hydraulicznych dają tak popalić, że nie widać w ogóle czy tej nocy są gwiazdy. Statyści stoją w grupkach i przytupują. Pomiędzy nimi biega Majk-Czerwona Kurtka i dokonuje przemieszczeń. Chodzi mu o to, aby statyści tworzyli żegnające się rodziny.

- This is your żona – mówi Majk-Czerwona Kurtka i przysuwa młodzieńca w płóciennej marynarce bliżej wymalowanej blondyny w kwiecistej chustce.

- O. K.! – krzyczy Dostojny Reżyser.

Zaczyna się próba…

CDN być może nastąpi

KATOWICE, MIASTO HANSA KLOSA

Z czym się kojarzy gród nad Rawą? Mam tu na myśli wymiar promocyjny i reklamowy – „piarowski” jak się to teraz zwykło mawiać. Późną zimą tego roku jak Polska długa i szeroka Katowice były utożsamiane przede wszystkim z otwartym właśnie muzeum Hansa Klosa.

Katowice:

MIASTO AGENTA ABWEHRY?

(artykuł kontrowersyjny)

Z czym się kojarzy gród nad Rawą? Mam tu na myśli wymiar promocyjny i reklamowy – „piarowski” jak się to teraz zwykło mawiać. Późną zimą tego roku jak Polska długa i szeroka Katowice były utożsamiane przede wszystkim z otwartym właśnie muzeum Hansa Klosa.

Nie mamy nic przeciwko sympatycznemu agentowi Abwehry, który nie mogąc wyżyć z jednego etatu (skąd my to znamy) dorabiał dla potencjalnego wroga. Hans Klos, czyli Janek Kłos, nie mylić z naszym sympatycznym literatem rodem z Burowca, to osoba miła i nie wadząca nikomu. Może poza Brunerem…

Ba, sami każdy odcinek oglądaliśmy po 150. razy żałując, że nie nakręcono dalszego ciągu. Muzeum na Gliwickiej (róg Sobieskiego), mające zdaje się również podtekst gastronomiczny, to inicjatywa prywatna i do tego nośna medialnie. Chwała za to twórcom!

Sam nim bywam i wiem, że nie sztuka coś napisać, ale sztuka to wydać, zrealizować, doprowadzić do finału. Dobrymi pomysłami, bowiem piekło układów brukowane.

Jednak nieco mnie nosi, kiedy nic innego przez tydzień nie słyszałem tylko, że J-23 znowu nadaje (w ten chór włączyła się również strona internetowa i gazeta UM Katowice). Skąd mój sceptycyzm skoro nie nazywam się Michał Smolarz (pierwszy szopienicki kandydat na Prezydenta Miasta)? Ano stąd, że stolica Górnego Śląska powinna mieć swoją tożsamość udokumentowaną i promowaną. A jest się czym pochwalić tylko trzeba chcieć.

200 metrów od muzeum Hansa Klosa jest budynek drukarni prasowej. Sprostuję – byłej drukarni. Tej w której przed II wojną miał redakcję Korfanty, tej w której jeszcze w latach 80-tych XX wieku produkowano (od składu po druk) prawie sto tytułów gazet! Wiem, bo spędziłem tam kilkanaście lat. Jako student pchałem nocą wózek z nakładem, potem jako redaktor odpowiedzialny ganiałem z zatwierdzaniem stron do cenzury, o upojnych niekiedy dyżurach w redakcji depeszowej nie wspomnę.

Co z tego zostało? Tylko tablica pamiątkowa od ulicy Sobieskiego, którą nie wszyscy zauważają. Sam próbowałem ocalić resztki „ołowianej produkcji” (linotypy i zecernia) postulując utworzenie Izby Tradycji. Właściciel fibakowsko – szwajcarski koncern miał to jednak tam gdzie miał. Ciekawe czy piwosze biesiadujący w lokalu SPIŻ przy ul. Opolskiej wiedzą, że to hala byłej rotacji gdzie tłuczono przez tydzień nakład milionowej „Trybuny Robotniczej”?! Kogo to interesuje…

Hans Klos, bardzo ładnie, tylko, że muzeum to mogłoby powstać równie dobrze w Suwałkach. A dlaczego w Katowicach nikt nie zadba o to, aby w podobny sposób sprzedać nasze rodzime legendy kina?

Przecież przy jednej bodajże ulicy Poniatowskiego urodzili się i mieszkali – Zbyszek Cybulski, Bogumił Kobiela i Aleksandra Śląska. Byłem na odsłonięcie pomnika Cybulskiego – niestety, na cmentarzu przy ul. Sienkiewicza, gdzie bywają głownie odwiedzający swych nieżyjących małżonków starsze wdowy.

A przecież trzeba z żywymi naprzód iść… Dlaczego więc nie powstanie placówka muzealno – rozrywkowa z woskowymi figurami ww. aktorów, pamiątkami, ekranami wyświetlającymi fragmenty filmów takich jak „Zezowate szczęście”, „Popiół i diament” oraz „Królowa Bona” i innymi gadżetami oraz pamiątkami. Może do tego być i knajpa z płonącymi drinkami – jak w filmie, którego bohaterem jest Maciek Chełmicki. Sprzedajmy swą legendę, bo mamy jej pod dostatkiem. Uważam, że to zadanie dla władz miasta, które powinny zainspirować i popierać starania w tym kierunku. A może czeka się znowu na przejaw prywatnej inicjatywy?

Symbolem Katowic ma więc być Spodek (na razie w dłuższym remoncie) oraz Nikiszowiec, że przejdziemy na nasze szopienickie podwórko? Nie mogę już słuchać o tym, że wzór architektury robotniczej, unikat, potrzebny patronat UNESCO itp. Kiedy ciemność skrywa ziemię nikt bez ochroniarza tędy nie przejdzie, podwórka pełne błota i sienie w takim stanie, że głowa boli. To ma być unikat?!

Niepotrzebne ankiety przeprowadzane wśród mieszkańców co do przeznaczenia rynku na Nikiszu, potrzebny stały posterunek służb mundurowych, zapewnienie zajęć dla młodzieży zbijającej bąki z braku perspektyw, zorganizowanie zwiedzania dla turysty zagranicznego.

Co mnie jeszcze boli? Zapomnienie postaci kuźnika i poety Walentego Roździeńskiego. Stawia się – niewątpliwie też potrzebne – pomniki niemieckim twórcom miejskości Katowic a zapomina o nim, którego dzieło i życie zasługują na scenariusz i lepsze pamiętanie? Dlaczego zrezygnowano z „Kontraktów Roździeńskich”, komu one przeszkadzały? Dlaczego nie można ocalić hutniczej Izby Tradycji HMN i nie połączyć tego z postacią Walentego, twórcą przyszłych przemysłowych grodu nad Rawą?

Pytań jest wiele – w Ratuszu być może odpowiedzą, że czołowe postacie Katowic znajdują się w kamiennej galerii koło kina Kosmos. Niestety, tamtejsze słupki – pomniki nawiedzają głównie okoliczne pieski. Tradycją trzeba żyć i muzeum Hansa Klosa jest tego dowodem, że tak może być. TYLKO DLACZEGO AKURAT JEGO?!

Zbigniew Al. Wieczorek, Miesięcznik ROŹDZIEŃ, Katowice – Szopienice, nr 4/2009MUZEUM KLOSA