O ŚLEBIODZIE ŻURNALISTÓW W SEJMIE

 

No i się zrobiła wojna polsko – polska w Sejmie. Data niezła, 16 grudnia, rocznica Wujka. Niestety, stopień zacietrzewienia obu stron i przedmiot sporu przypomina mi debatę między przodkami Kargula i Pawlaka. Poszło o zaoraną na 4 palce miedzę a jak się rozwinęło sami wiecie.

Dyskutują w tej sprawie wszyscy i biorą się za łby, ale w Sejmie bywał mało kto. Ja natomiast – jako dziennikarz – ponad 20 razy. Głównie w latach 90-tych, kiedy to Lewica powstała jak Feniks z popiołów zwyciężyła i na progu XXI wieku też.

Wyjaśniam – posłowie i VIP-y zawsze mieli swoje wejście, a goście, w tym redaktorzy swoje. Nie wystarczyło jednak mieć redaktorską legitkę. Trzeba było się akredytować i to wcześniej, aby otrzymać specjalną przepustkę. Nie może być tak, żeby media wchodziły wszędzie. Zakazany był teren obrad Sejmu i Senatu a także hotel dla posłów oraz senatorów. Redaktorzy mogli śledzić obrady z balkonu tudzież za pośrednictwem rozstawionych wszędzie monitorów TV wewnętrznej.

Ulubionym miejscem do wywiadu było górne piętro wewnętrznego hallu ze słynnymi wężowymi poręczami. Prawdą jest jednak, że praktycznie każdy z mikrofonem w garści, albo dyktafonem mógł dorwać każdego posła czy innego ważniaka i od kultury redaktora zależało jak to wyglądało. A z tą kulturą w warunkach wolnego rynku mediów (kto pierwszy ten lepszy) było nie za bardzo. Nic więc dziwnego, że dochodziło rzeczywiście do patologii typu – Ileś nakradł złodzieju? Atakował młody zdolny z TV internetowej, zatrudniony w swej stacji od dwóch dni, ministra w WC.

To jednak wyjątki od reguły. Większość VIP-ów, szczególnie tych doświadczonych potrafiła wybrnąć z sytuacji. Mnie na przykład zapytany o coś Jacek Kuroń, ze słynnym termosem pod pachą, odpalił krótko: Wie pan panie redaktorze ja dopiero myślę po godzinie 14-tej.

Cała obecna zadyma wzięła się z tego, że Prezes Jarosław nie lubi dociekliwych pytań redaktorów z TVN i stąd próba wprowadzenia czegoś w rodzaju cenzury. No i potem się zaczęło. Poseł z kartką, wykluczenie, kadłubowy Sejm z przewagą PiS itd. Temat podchwycił KOD, który próbował zrobić Majdan przed Sejmem. Były już race, rzucanie się pod samochody, dobrze, że nie polała się krew.

Chichotem historii jest to, że bardzo realne było w rocznicę stanu wojennego komuchów wprowadzenie stanu wyjątkowego (paraliż ustawodawczej władzy państwa). Kończę sentencją Szymona Majewskiego – Polska jest podzielona jak pupa Dody. No tak tylko, że to jest przynajmniej piękne podzielenie, a to nie. I końca zacietrzewienia nie widać chyba, że do Sejmu trafią żony posłów każących im do domu wracać kupować karpie a płaczące dzieci przez ekrany smartfonów poproszą ich o ustrojenie choinek.

nogi 11 list

Śmieszne? Naród bez poczucia humoru ostrzy gilotyny…

PRAWO JAZDY NA KLOZET

Gdyby wprowadziło je dla każdego państwo budżet miałby się dobrze…

Korzysta każdy, ale prawo jazdy ma mało kto. O klozecie mowa. W Rabce jednak można takie prawko zrobić za jedyne 5 złotych.
Ba, nawet 15 sierpnia odbyły się tam IX Mistrzostwa Polski w Jeździe na Klozetach. Jeździ się po torze gokartowym, maszyny są z silniczkami elektrycznymi a kierowca siedzi na odwrót.

klozet

Nie wiem, kto wygrał, nie wiem czy jak się jedzie po pijanemu to odbierają uprawnienia, wiem, że to dobry pomysł na zabawę. Właściciel wesołego miasteczka pt. Rabkoland prezes Eugeniusz Wiecha ma więcej takich pomysłow. Wydaje również Księgę Rekordów Niecodziennych… Na progu lat 90-tych współzałożył pierwszą na Śląsku gazetę prywatną i nazwał ją „Kurier Zachodni”. Nieźle zaszkodziła wpływom zwłaszcza największego pisma regionalnego w Polsce, czyli „Dziennika Zachodniego”. Kontaktów z prezesem i jego rzecznikiem redaktorem Dionizym Zejerem miałem więcej – przez kilka lat organizował on zawody w darcie (takie strzałki, którymi się rzuca do tarczy w pubach) dla dziennikarzy. Także na terenie warszawskim. Startował m.in. Grzegorz Miecugow i Jerzy Laskowski.
Rabkoland fajna impreza – bawiliśmy się i my z Lilą jak dzieci. Nie wstyd nawet nam było przejechać przez Pałac Strachów.
PS. A co do tego, że korzysta z tego WC siedziska prawie każdy – w latach 50-tych, kiedy wieś szła mieszkać do miasta przydybali pewną wiekową gospodynię jak płukała kartofle w misce sedesowej. „No jak to, a gdzie chodzi z potrzebą?!” „To takie czyste ładne… Chodzimy za blok…” Gdyby wtedy prawo jazdy posiadała to by wiedziała jak korzystać „prawilno”!

PERŁY MIĘDZY WIEPRZE?

Lato różni mądrzy spędzają przy okrągłych stołach debatując o kasie mediów publicznych.

Dzisiaj pierwszy z okrągłych stołów na temat mediów publicznych – prezydencki. Na 22 lipca Rzecznik Spraw Obywatelskich zwołał podobną debatę, kształt mebla dyskusyjnego ten sam.
Chodzi o to czy państwo ma dokładać do mediów publicznych w imię sprawowania tak zwanej misji, czy nie. A co na ten temat internauci? Oto kilka odnotowanych przeze mnie głosów:
- PO chce media publiczne zniszczyć a nie zreformować
- Czy warto… rzucać perły między wieprze?
- Od pewnego czasu mieszkam w UK, więc wieczorami oglądam sobie BBC – miodzio! A abonament płaci tu każdy – rocznie 150 funtów – ja też, i robię to bez żalu. Nikomu tu nie przychodzi do głowy, żeby ten stan rzeczy zmieniać…
- Brońmy Publicznej Telewizji!
- Chodzi o zniszczenie oraz przejęcie za bezcen nieruchomości, sprzętu i fachowców. Znany, sprawdzony na stoczniach scenariusz.
- Czy trzeba być wpierw rzecznikiem prasowym np. Aleksandra Kwaśniewskiego, aby być prezesem TVP, czy też Marka Jurka, aby być dyrektorem PR 2?
- Czy to o to rzecznikowi chodzi z tym poparciem dla mediów partyjnych, o przepraszam – publicznych?
DO TEGO WSZYSTKIEGO WIADOMOŚĆ DZISIEJSZA, SĄDOWA. Farfała przywrócono w TVP, Siwka odwołano. „Więc rwijmy sukno na sztuki a kiedy sukna nie stanie szarpajmy ciało na sztuki. Hej sowy, puchacze, kruki!”
Szczerze mówiąc w tym kontekście czuję się jak parias. Nijak nie mogę zrozumieć – dlaczego MISJA dotyczy tylko mediów elektronicznych a nie PRASY DRUKOWANEJ, w której działam ponad 30 lat?! Skończy się jak się skończy, albo będą kasowane programy typu dwójka radiowa, czy też TVP Kultura i ośrodki regionalne RTV, albo będą dalej reanimowane.
Tylko niech mi nikt nie mówi, że ma w tym względzie czyste intencje i chce:
A szerszego przepływu informacji do obywateli (vide Prezydent RP chcący dołożyć PO),
B uszczuplić rozdmuchany budżet TVP itd (vide Platforma, której nie w smak rządy PiS i LPR w mediach RTV).
Bicie piany trwa a szczęśliwy ten obywatel, co ma kanały satelitarne. Może puścić listę przebojów z Jemenu i wtedy wszystko mu lata. Ciekawe czy na kanale dotowanym przez miejscowego króla?

MIĘSO A SPRAWA POLSKA

Oderwijmy się na chwilę od rozważania kto ma rację Pan Prezydent czy Pan Premier i przenieśmy w rok 1980. Wtedy robiło się gorąco w Polsce. Zanim wybuchła „Solidarność” popełniłem taki tekst, oczywiście do szufladki, bo kto by mi wtedy puścił jak blogów nie było. A cenzura miała się wcale dobrze.

20 sierpnia 1980 rok – szczyt fali strajkowej. A co na ten temat w zakneblowanych mediach? “Na Wybrzeżu stoi 150 zakładów” (to Radio Wolna Europa). Trwa właśnie dziennik radiowy na programie III a tam wszystko tylko nie o strajkach: “Podajemy wiadomości z ostatnich godzin. Izrael napadł na Liban. Misja Thorna w Kuwejcie. Przegrupowania sił politycznych w Turcji. Enuncjacje Georga Busha po konwencji demokratów… I wreszcie gwóźdź programu – słynny torreador hiszpański El Cordobes na łożu boleści w szpitalu zdążył powiedzieć jeszcze pielęgniarce, że ma piękne oczy.”

Brak otwartości w mass mediach. Zasada mówienia prawdy, podobno naczelna w propagandzie zwanej socjalistyczną obowiązuje w zasadzie tylko w enuncjacjach tzw. poetów klozetowych. Jest to kompletne przegięcie. Dysponenci sterników świadomości motywują to chęcią uniknięcia paniki wśród społeczeństwa. Nic dziwnego – gdyby nagle otworzyć kurek informacji totalnej byłby szok. Jednakże w ten sposób oddajemy się niczym charytatywna córa Koryntu w pożądliwe ręce propagandy Zachodu – tej dywersyjnej i tej normalnej. Chociaż coś się tam ruszyło we wczorajszym dzienniku TV – tendencyjna, bo tendencyjna, ale była filmowa relacja z gdańskiego portu – o cytrynach, które się psują. Dla bardzo inteligentnych – powód psucia cytrusów to strajk, Boże raczej, przerwa w pracy…

Jednak nie skutki nam piętnować z tak przecież wyszydzaną przez nas umiejętnością manipulowania masami godną doktora Josifa G. Rzecz w przyczynach.

Partia po początkowym daniu wyliczenia się do ośmiu otrząsnęła się. Tu dywagacja – partia to kilkunastoosobowa ekipa władyków mających cos do powiedzenia plus rzecz jasna głos syczący dobre rady po drugiej stronie czerwonego telefonu na Kremlu. Nędzna to imitacja koncepcji centralizmu demokratycznego wielkiego Ilicza. Partia otrząsnęła się i osądziła – Roma locuta causa finita. Czyli Rzym orzekł sprawa skończona jak mawiał święty Augustyn. Osąd jest taki – owszem, nie dość pilnie wsłuchiwaliśmy się w głosy krytyczne, częstokroć słuszne, ale się poprawiamy. Nie ma co prawda tym razem wichrzycieli, ale wszystko to inspirują elementy anty-.

Zza pośpiesznie redagowanych przez czołowe partyjne mózgi układaczy mów dętych, dziurawych parkanów słów przebija zaskoczenie i beztroska. Zaskoczenie jest, a beztroska była. Przyszedł czas na zaciągnięcie pasa na dodatkową dziurkę, było dobrze, rozwijaliśmy się, coraz więcej zer i innych cyfr drukowanych znalazło się na paskach naszych wypłat, a lud cisy i płowy zaczyna mieć dość, nie za bardzo to sobie uświadamiając ma dość. Ciągle się obiecuje – teraz rozwijamy się dynamicznie i mkniemy galopem po pomoście w beztroskie lata XXI wieku i dlatego trzeba się sprężyć, zostawać po nadgodzinach i myśleć o tym jak to nasze wnuki będą się pławić w rozkoszach ustroju komunistycznego.

Mam poważne wątpliwości – kto zbuduje jego zręby. Rosjanie pod tym względem są daleko do przodu – oni są święcie przekonani, że “nam w kamunizmie żyt”. Być może jest to skutek zasady – kłamstwo powtarzane po tysiąc razy zaczyna nosić znamiona prawdy.

Rok 1980 oznacza koniec wielkiej beztroski.. Jakoś to będzie – powtarzali bossowie i dociskali pedał. A lud nie wytrzymuje. Są przegięcia w strajkach, ale niestety tego właśnie należało się obawiać. Hasła typu, że winni są prowokatorzy z opozycji demokratycznej i spekulanci towarami masowymi nie wszystkim trafiają do przekonania.

Partia, w moim rozumieniu pośpiesznie przeformuje szyki. Szuka się wyjścia. Partia jest więc Salomonem, który obiecuje z próżnego wlane w nasze kiesy płace. Godzi się na większość – niejednokrotnie wygórowanych – postulatów strajkujących, wychodząc przy tym chyba z założenia, że pojedynczo wilki łatwo wydusić niż wtedy kiedy występują gromadą. Zawieszenie broni, a raczej widok pracujących żurawi stoczniowych oznaczać będzie początek represji.

Faktem jest, że tym razem było łagodnie. Nie było toporów, które (jak to było w 1956 roku) odrąbią ręce podnoszące się na władzę ludową. Jednak Gdańsk został odcięty od kraju przez facetów pozostających na żołdzie MSW.

Zaczęło się od mięsa. System komercyjny był cholernie wygodnym parawanem, za którym można przeprowadzić podwyżkę cen. Wiedzieli, że jak Polakowi zabrać sprzed nosa jego ulubiony salceson to będzie zły i może być znowu zimno jak w grudniu w Gdańsku czy też gorąco w czerwcowym Radomiu. Stąd też seria chytrych chwytów tęgogłowych satrapów naszego handlu – nowe, egzotyczne nazwy wędlin i kolejne zera domalowywane na końcu cen oraz wspomniany komercyjny system.

A Polak jak głodny to zły. Skarbnica przysłów ludowych bywa niestety lekceważona przez naszych ideologów. Mięso jest przejawem awansu cywilizacyjnego homo sapiens. Pozostający w cieniu Marksa Fryderyk E. napisał w swojej “Roli pracy w procesie uczłowieczania małpy”: “Im bardziej człowiek oddalał się od pożywienia roślinnego, tym wyżej wznosił się ponad zwierzę.”

Znajomość klasyków marksistwa – lenistwa, jak określił tę dyscyplinę przewodniczący miejskiej rady narodowej gdzieś tam na otwarcie dożynek wznosząc zwycięski, choć pomylony okrzyk, to rzecz pożyteczna. Niestety, ale jesteśmy bliscy zapoczątkowania procesu odwrotnego do tego, który określił współautor “Manifestu Komunistycznego”. Zaopatrzenie w mięso to tylko przejaw tego procesu. Człowiek jest podstawową wartością ustroju socjalistycznego. Przez człowieka i dla człowieka.

Te i podobne hasła – skrzętnie ustawiane są na skwerach naszych miast a odmalowywane z partyjnego kwartalnika “Sugestie” – warte są tyle ile roboczogodziny pracujących przy ich wznoszeniu w pozycji pionowej robotników.

Bardziej adekwatna byłaby znana skądinąd zasada “Ora et labora”. Gdzież jest dobro, które ma przyjść, któż je stworzy, miast chleba daje się nam obietnice.

W tym szkicu chciałem poruszyć jeszcze wiele tematów. Choćby to, że Ślązaka każdy by chętnie, z goroli rzecz jasna poderżnął tępą brzytwą, o braku udziału robotników w zarządzaniu przedsiębiorstwami ale … cóż wszystko ma swój kres. Nie jest to zresztą praca habilitacyjna.

Można mi zarzucić demagogię w niektórych figurach retorycznych ale nie radzę – wezmę wtedy do ręki dowolną gazetę i będę współzawodniczył w obliczeniach pustosłowia. Zresztą chciałem wstrząsnąć potencjalnym czytelnikiem. Nie będzie ich zbyt wielu – zbyt miła mi jeszcze posada i wolność fizyczna.

Teraz przyłączę się do żniwujących gospodarzy, gdyby każdy z nas wykonał jakiś gest na potrzeby ogółu nie byłoby tego co jest.

(Ten tekst świadomie pisałem latem 1980 roku do szufladki. Pracowałem wtedy w dwutygodniku między-kopalnianym ”Górnicze Wiadomości” w Wodzisławiu Śląskim. Nie ulegało wątpliwości, że nie ma dołom propagandowym rozstrzygać co puścić, a co nie puścić. Jednak musiałem dać upust. W tej chwili według mnie ten protest song nabrał zupełnie innego sensu. Żniwujący gospodarze mieszkali w Jedłowniku Wsi, gdzie przebywałem na kwaterze).