EDWARD GIEREK – JAKIM BYŁ?

25 lipca, Sosnowiec, obchody XIV rocznicy śmierci Edwarda Gierka.

XXX

Polacy to dziwny naród, doceniają ludzi i władzę, kiedy już ich nie ma. „Śpieszmy się kochać ludzi, gdyż tak szybko odchodzą”, pisał ksiądz poeta Jan Twardowski. Należałoby to zdanie pojmować również tak – „Śpieszmy się DOCENIAĆ LUDZI…”

Myśl ta jak najbardziej dotyczy Edwarda Gierka, przywódcy partii i twórcy idei powstania Drugiej Polski. Dochodzi do władzy po dramatycznych wydarzeniach grudnia roku 1970, kiedy to po podwyżce cen żywności padają strzały do robotników. Zastępuje partyjnego technokratę, z usposobienia i wyglądu raczej nudnego księgowego, głosiciela wielogodzinnych referatów niż przywódcę narodu Władysława „Wiesława” Gomułkę, który swoje 5 minut miał jesienią 1956 roku. Nie umiał, czy też nie chciał ich jednak wykorzystać.

Sam przez długi okres życia pozbawiony byłem własnego rodzinnego kąta, jakichkolwiek dóbr materialnych (…). To nie z wygodnictwa i chęci taniej popularności podjąłem kurs na szybkie podniesienie poziomu materialnego i kulturalnego ludzi, lecz z głębokiego przekonania wynikającego z mego doświadczenia życiowego i znajomości potrzeb ludzi (…)

Byłem przekonany, że odrzucenie na początku lat 70-tych teorii i praktyki „siermiężnego socjalizmu” Gomułki oraz istotny zastrzyk nowej techniki i technologii zapewniający odczuwalną poprawę materialnych warunków życia pracujących, przyniesie przełom”, pisze Edward Gierek w swojej książce wspomnieniowej „Smak życia” opublikowanej w roku 1993.

Spotkanie na otwarcie Pierwszego ze stoczniowcami, słynne „Pomożecie?” zjednuje Polaków do nowego przywódcy. Następuje otwarcie Polski na Europę i świat. Powstaje Huta Katowice, telewizja z czarno – białej staje się kolorowa, Fiat 126 P trafia pod strzechy, budowa coraz większej ilości mieszkań daje szansę młodemu pokoleniu, jeszcze jedno. Dekada lat 70-tych, szczytowy okres rozwoju Polski Ludowej był to czas, kiedy panowało bezpieczeństwo socjalne, nie było zagrożenia bezrobociem, nikogo nie wyrzucano z mieszkania. Ludzie byli życzliwi dla siebie, nie dominowały wyścig szczurów i zawiść.

Pobyt i praca na Zachodzie, otwarte podejście do ludzi, inna kultura polityczna, znajomość języków pomogły Edwardowi Gierkowi w relacjach z przywódcami cywilizowanej Europy, w tym Niemiec. Na te kontakty jednak źle patrzono na Kremlu, bowiem doktryna Breżniewa nadal obowiązywała a samodzielność w poszczególnych państwach socjalistycznych była źle widziana (casus Czechosłowacji i Węgier są tego dobitnym dowodem).

Niestety, wydarzenia roku 1980, intrygi Stanisława Kani i Wojciecha Jaruzelskiego, uspakajanie, że na Wybrzeżu się nic nie dzieje i sytuacja jest do opanowania sprawiły, że Edward Gierek został odsunięty od rządzenia; dochodzi nawet do jego internowania. Ciężko przeżył ten okres.

Edward Gierek zmarł 29 lipca 2001 roku w Cieszynie. Jego pogrzeb na cmentarzu w Sosnowcu zgromadził tłumy (wg niektórych źródeł było to 12 tysięcy ludzi). Do Polaków dotarło, że skończyła się pewna epoka, epoka „socjalizmu z ludzką twarzą”.

Oto opinie jakie odnotowano podczas pożegnania Wielkiego Polaka i Zagłębiaka:

  • Emeryt: Był to chłop z Zagłębia, interesujący gość, który dbał o klasę robotniczą;
  • Górnik: Wszyscy darzyliśmy go wielkim szacunkiem, był dla nas wzorem i ojcem;
  • Emigrant: Od lat mieszkam za granicą. Edward Gierek był najlepszym przywódcą polskim w XX w. Lata 70-te na tle tego co miało nadejść to była dekada szczęśliwości. Kiedy raz na rok tu przyjeżdżam na grób rodziców to zapalam świeczkę także i na grobie Edwarda Gierka;
  • Mieczysław F. Rakowski: Epoka Gierka to był skok z królestwa biedy do królestwa dobrobytu;
  • Adam Gierek: Byłeś wielkim marzycielem, marzyła Ci się Polska bez ludzi bezrobotnych i biednych.

 plakat eg

Zbigniew Al. Wieczorek (ZEW)

 

 

Raz sierpem, raz młotem…

„..czerwoną hołotę!”, skandowała wielotysięczna publika a ja były aparatczik siedziałem jak na szpilkach. To było w Spodku podczas wiecu Lecha Wałęsy (starcie prezydenckie z Kwachem). Polacy w operowaniu młotem na MŚ w Moskwie tymczasem coraz lepsi – młody Fejdak zdobył złoto a Włodarczykowa najlepsza w eliminacjach.

Przypomina mi to tez dowcip o Polaku, który za komuny rzucił młotem  200 metrów na zawodach chociaż startował  w tej konkurencji po raz pierwszy. Zapytany przez redaktora PAP odpowiedział tak; „Dajcie mi jeszcze sierp to ciulna nim na Księżyc”.  Wiecie już wszystko?

TARCZA NA AGRAFCE

Zostaliśmy jako te bezbronne baranki. Czy będziemy więc nadal szczerzyć kły?

Moje problemy z tarczą (szkolną) miały miejsce w liceum. Dyżurny belfer na bramce sprawdzał czy tarcza z napisem II LO jest przyklejona, czy na agrafce. Przyjaźnie uśmiechał się natomiast do tych, którzy mieli ją na okrętkę.

Waszyngton stwierdził (oczywiście oznajmiając to tym do których się dodzwonił o północy), że tarczy antyrakietowej nie będzie. Ani w Polsce ani w Czechach. I czymże teraz będziemy uzasadniać prężenie muskułów w kierunku wschodnim? Znowu Zachód, tym razem już nie Dziki a Daleki, się na nas wypiął.

Jakby, co pozostaną nam w rezerwie coraz liczniejsze rzesze wolontariuszy uprawiających inscenizacje niegdysiejszych bitew. W tym wielu zaopatrzonych w prawdziwe szable. Nie ma to jak stara dobra szarża. Na nią zawsze można liczyć. Nasza tarcza też wisiała na agrafce. W dodatku bardzo zardzewiałej. Więc sami nie wiemy, kiedy ją zgubiliśmy.

NIECH ŻYJE WODECKI BIS!

Nie wiadomo było czy w tej Moskwie to wczoraj patrzeć na biust – tors wykonawcy, patrzeć na fikołki jego asysty, śledzić efekty wirtualnej scenografii, czy też słuchać piosenki. Kiedyś o to w śpiewaniu chodziło…

70 procent tej anglo – nie wiadomo jakiej kakafonii można było do jednego wora wrzucić i utopić na dnie Pacyfiku. Tylko bąbelki z dna zakłócałyby wtedy nasz spokój. Gdyby nie napisy z jakiego kto państwa to naprawdę nie wiedziałbym.

Ja wiem, że gwarancja sukcesu medialnego, że po węgiersku czy innemu mało kto zrozumie, ale ludzie w tej sytuacji robi się z tego jednak wielka papka kulturowa typu Mac Donalds! Wszyscy mają jeść więc jednego uniwersalnego hamburgera, a niego narodowe danie z karty?!

A więc wszyscy mamy szaleć w rytm „Common Barbie, let`s go party!” i w ogóle przestać myśleć?! Rozwiązanie jest proste – wymóg śpiewania dwóch piosenek (może być nawet z playbacku). Jednej angielskiej, drug narodowej; wtedy mamy tuzin finalistów i wiemy wreszcie, że jest to rzeczywiście EUROPA OJCZYZN, z przewagą jednak na to drugie słowo.

A że to przedłuża konkurs? Niekoniecznie; są półfinały, mogą być i ćwierć. Nasi i tak padną od razu; chyba, że dziecko Edyty Górniak przejdzie mutację i wystartuje. My po raz trzeci daliśmy czterech liter w Moskwie – pierwszy raz w 1612, kiedy daliśmy się wygonić z Kremla, drugi raz w 1920 kiedy kontrofensywa spod Warszawy nie poszła odpowiednio dalej… W 1980 Władek Kozakiewicz nieco poprawił nasze notowania, ale na tym koniec…

Wygrał wczoraj Białorusin z Norwegii śpiewający po angielsku. Ładny, skromny chłopak i sprawnie posługujący się instrumentem muzycznym. Nie przesadził też z show. Oby nie skończył jak ubiegłoroczny zwycięzca Dima, który śpiewa w kuchni przed tym zanim zacznie nagranie programu typu „Maciej Kuroń przedstawia”.

MOSKWA: ROK 1972

Prawdziwy koniec zimnej wojny, Nixon nawiedził Breżniewa. Po raz pierwszy i ostatni byłem w Moskwie.

Miejscowa ludność, zwłaszcza żeńska, była jeszcze pod wrażeniem barczystych ochroniarzy amerykańskich; każdy obowiązkowo w ciemnych okularach. Miałem 17 lat i przebrali mnie za harcerza. Tak jak i resztę uczestników tego wyjazdu Teatru Poezji z zawierciańskiego liceum imienia Majakowskiego.

Najlepsza była impreza integracyjna z miejscowym Komsomołem – u nas najstarszy miał 18 lat, u nich 35, reszta powyżej. Do ichniego związku młodzieży trzeba było bowiem dojrzeć. Podczas imprezy przed każdym stanęło pół litra wódki a my tu ledwie „szampańskoje” zaczęliśmy popijać i wątroby jeszcze mieliśmy dziewicze.

W hotelowym pokoju stało radio – „kukuruźnik” – jak cały tydzień długi grały marsze i słychać było okrzyki „hurra!” w wykonaniu armii pionierów. Hotel nazywał się ”Inturist” i zaraz zaskoczył nas jedną zagadką. Za nic w świecie nie mogliśmy znaleźć ubikacji. W pokoju nie ma, na korytarzu nie ma, wreszcie wpadł koleś z sąsiedniego pokoju. – Jest, jest!!! – darł się jak opętany. Okazało się, że WC itd. było w …szafie. Wszystko było w takich ciemnych boazeriach, że po prostu nie mogliśmy dopatrzyć się otwierania tego niewymownego miejsca.

Lenina oczywiście też widzieliśmy. Miejscowi stali do niego kolejce mierzącej 3 km; „innostrańcy” (cudzoziemcy) tylko w stumetrowej. Zdziwiłem się, że wódz rewolucji jest rudy i czemu go przykryli aż po klatkę dechą… Z tyłu za mauzoleum dyskretnie leżeli w pomniejszych grobach m.in. Stalin i Dzierżyński. Nie wiem czy tam jeszcze się ostali. Zwróciłem też uwagę na pomnik Minina i Pożarskiego przed cerkwią na Placu Czerwonym.

Dopiero później się dowiedziałem, że to byli gości, którzy nas Polaków na czele ludu wykopali z Kremla na początku XVII wieku (czasy Dymitra Samozwańca bis). Rosjanie na ten temat nakręcili film „Rok 1612” w którym zdaje się jesteśmy przedstawieni jak Niemcy z „Czterech pancernych”.

Co jeszcze z tego Moskwy zapamiętałem? Pałac Zjazdów na Kremlu gdzie nam pokazano operę „Sadko” z prawdziwym pływającym okrętem. Było to w tej samej sali z której wiele lat później lat wyprowadzano sztandar KPZR. Jako pamiątkę przywiozłem sobie radio tranzystorowe marki VEF wagi samochodowego akumulatora. Moda była wtedy bowiem u nas taka – wyciągało się antenę i chodziło z taką dyskotekę po mieście słuchając radio Luxemburg, albo „trójki”.

I tylko kiedy wymieniałem baterie w środku znalazłem taką karteczkę: „Dla uczczenia rocznicy Rewolucji Październikowej załoga zakładu VEX w Tallinie zobowiązuje się oddać do użytku wyrób najwyższej jakości”.

Oto, takie były ISO w tamtych czasach.

POLSKA KURTYZANĄ NARODÓW

Im dłużej żyję (a będzie tego 54 lata) tym jestem z tej całej polityki głupszy. Zwłaszcza międzynarodowej. Po raz pierwszy zainteresowałem się nią w wieku lat ośmiu, kiedy w Dallas zastrzelono prezydenta.

Ba, nawet schowałem do szafy egzemplarz ŚP „Trybuny Robotniczej” z zapisem tego szokującego dla małolata wydarzenia. Był to czas walenia przez Chruszczowa w ONZ butem w blat z powodu kryzysu karaibskiego. Całe dziesiątki lat Wielki Brat z Moskwy był cacy, jak gdzieś się wtrącał (Czechosłowacja, Afganistan) to w imię „internacjonalizmu proletariackiego”.
USA natomiast był „zaplutym karłem reakcji” i „żandarmem światowym”. Teraz jest dokładnie na odwrót. Wdzięczymy się do Waszyngtonu a wypinamy na Moskwę. Jestem tymczasem w 99 procentach pewny, że jakby, co to potraktują nas jak Anglia i Francja we wrześniu 1939. Wydadzą 1634 poważne ostrzeżenia i zostawią nas swojemu losowi.

Jacy jesteśmy najbardziej ukochani sojusznicy skoro to Czesi dostali nie tylko szczyt w Pradze, ale i wjazd bezwizowy? W czym oni lepsi? Już nie wspomnę o braku poparcia Białego Domu dla ministra Radka na szefa NATO. Ostatnim, który umiał balansować pomiędzy groźnymi sąsiadami (Niemcami i Rosją Stalina) był Marszałek Piłsudski. Następcy już niestety nie dorastali mu do pięt.

A u nas od wieków więcej jest romantyzmu niż pozytywizmu. „Za wolność naszą i waszą” – Napoleon wykorzystał erotycznie nie tylko hrabinę W. ale i biednych legionistów, którzy z tym hasłem na ustach tłumili zrywy narodowowyzwoleńcze na Haiti i w Hiszpanii. Potem było „Polska Mesjaszem narodów”. Utopiono powstania nasze we krwi i dołożono kajdan. Bracia Czesi tymczasem jedli knedle i pili piwo nic nikomu nie wadząc. Wyszli na tym lepiej…

W tym układzie przeszliśmy do realizacji hasła „Polska kurtyzaną narodów” – nadstawiamy się każdemu, kto nam coś obieca. A my jak te małe dzieciaki wierzymy. Robimy to jednak ze zbyt małym wdziękiem, bo niewiele z tego mamy. Cukierek dalej jest za szybką.