Rodzina jest najważniejsza

8 grudnia, siemianowicki Ratusz. Władzę obejmuje nowy prezydent, Rafał Piech, młody człowiek. Wygrał zdecydowanie ze swoim poprzednikiem Jackiem Guzym.
Odnotuję jedną okoliczność –  rząd foteli na przodzie podczas uroczystej sesji zarezerwowany dla Rodziny Prezydenta. Pierwszy raz spotkałem się z takim podejściem. A przecież rodzina kandydata przeżywa razem z nim kampanię (nie zawsze udaną). To ona pomaga, znosi jego humory, przeżywa, a potem?
Najwyżej pokazuje się First Lady, a reszta? Zamiatana bywa przez real pod dywan. Tym razem się tak nie stało. Socjotechnika, czy rzeczywista ilustracja prawdy, że Rodzina Jest Najważniejsza. O czym często zapominają nie tylko kandydaci.

Nie ma już nic

Grudzień ubiegłego roku. Pora świątecznych porządków, montowania choinki z plastiku, szukania żółci w karpiu i innych czynności, które sprawiają, że rozpadają się małżeństwa, nerwy nie wytrzymują nawet na supłach zawiązane a noże kuchenne łakną krwi.
To był szczyt jej ćpania zapijanego wódą, a czasem winem Egri B. Wiecie co to jest stilnox, lorafen, nitrozepan brane całymi „listkami”? Jak nie wiecie to lepiej, żebyście nie wiedzieli. To są okrągłe oczka, mowa bełkotliwa, wszystko robisz trzy razy wolniej, a jak ci braknie „paliwa” to jesteś niczym pęknięte gniazdo szerszeni.
Spieprzona była Wigilia i Sylwester… Byłem jak detektyw Krzysztof R. Szukałem wszędzie – za tapczanem, w kieszeni szlafroka, w szafkach. Były puste szklanki, butelki, opakowania po tabletach. Kłamała w żywe oczy, to nie ona, to wszystko stare, ktoś jej podrzucił. Była jak Goebels w spódnicy…
Ostatnie dwie tabletki nitrozepanu schowałem przed nią do szufladki drewnianego młynka kawowego. Wykrzyczałem to jej którejś kłótniowej nocy, ale potem mi zaświtało. Tabletki wyrzuciłem a zamiast tego wsadziłem karteczkę z napisem: NIE MA JUŻ NIC.
Oczywiście Kuba Sienkiewicz, o zgrozo doktor też. Nie chodziło o dwa głupie egzemplarze psychotropów, ale o miłość i inne piękne wspomnienia. Byłem ciekawy czy przeczyta. Byłem ciekawy czy ją ruszy. Jak nie został mi tylko samobój, albo ucieczka. Mieliśmy już dość tego piekła.
P.S. Dwa dni temu dowiedziałem się, że karteczkę znalazła (szukała, chociaż się zaklinała, że to KONIEC) i  ją ruszyło. Napisała o tym w wypracowaniu na terapii. Dostała same plusy. Oni dają plusy a ja miałem wtedy ścianę za plecami. A może mieliśmy. Nie ma już nic, a może jest?

Z PAMIĘTNIKA SZEFA KAMPANII

Moja Kandydatka – w skrócie MK – startuje po raz pierwszy. Trzeba ją wesprzeć mentalnie i medialnie. Także PC-towo. Region obiecał jej trzecie miejsce na liście. Potem okazało się, że stolica zamieszała, bo należy umieścić koalicjanta.

Potem ktoś się obraził, potem ktoś z regionu wykonał nocny telefon do Przywódcy. Potem ktoś stwierdził, że listę trzeba odmłodzić. Potem uznano, że za mało mamy walczących emerytek w ciąży… W sumie MK wylądowala pod koniec listy. Nerwy, straszne nerwy, najpierw obraza, ale… A tu kasa zaangażowana – już poszło prawie 50 tysięcy; z tego co widzę to innym trzy razy tyle mało. Przecież za całą kadencję tyle diet nie dostaną!

Lista z naszej Partii miala siedem wariantów. Wszystko to trwało 1,5 miesiąca. Licznik bije – w sumie ta kampania będzie trwała netto 10 dni.

Wcześniej o tym kto kandyduje będą wiedzieć tylko krewni i znajomi królika. No bo kto grzebie na stronach PKW w których WSZYSCY (!) kandydaci są razem w programie pt. notatnik. Wychodzi 518 stron i żeby odseperować okręg trzeba poświęcić 3 godziny czasu.

Nie czekamy – podobnie jak inni i inne – na druk ostatecznych afiszy. WALCZYMY! Oto jak wyglądał mój ostatni tydzień, mój i MK.

Środa

Całe K. obwieszone na latarniach bannerami kandydatki E. Będzie z tego z tysiąc. Wcale nie jest liderką listy. Oj jak wkurza kolegów partii wiodącej, którzy dopiero czekają aż stolica wylosuje nr listy. Ładne dziewczyny pod latarniami, strasznie się kojarzy… Polityka to trochę pokrewny zawód. Tak jak żurnalistyka, profesja bardzo dyżurna.

Czwartek

Mamy zaproszenie z koła gospodyń na grilla. Fajnie, że panie chcą porozmawiać z kandydatką. Zjemy kiełbaskę, wypijemy piwko, pogadamy o tym co można załatwić na Wiejskiej. Może nawet pośpiewamy.

Objeżdżamy miasto. Pierwsze „obrazki” już wiszą. Oj ci drukarze mają żniwa. Za jeden billbord chcą tysiąc. Kandydatce K. dopisali czarną farbą obok jej hasła „Pomogę regionowi” literki „I CH…!”

Piątek

Festyn dzielnicowy kandydata J. W trakcie kadencji zmienił partię. Nie lubią go więc w żadnej. Ale lubią go ludziska. Z głośnika wali Rodowicz ze swą „Małgośką”, pełno dzieciaków wokół estrady. Za chwilę będzie losowanie darmowego roweru! Rodzice dzieciaków leżą w krzakach i leniwie dyskutują o priorytetach kampanii. Po meczu o beczkę piwa była konsumpcja. Naleją jeszcze po akcie wyborczym, czy nie?

Sobota

Rano dzwonią gospodynie – przepraszają, ale zaproszenie na festyn nieaktualne. Będzie inna kandydatka. „To żona dyrektora naszej świetlicy, rozumiecie państwo”. Szlag nas trafia – nie po raz pierwszy. Umocowani kandydaci rozpracowują poszczególne działki. Związkowców, pracowników urzędów, hodowców kanarków, czyścicieli klamek itd. Nie powiesisz plakatu, nie zrobisz spotkania, a o ich głosach – zapomnij.

Wieczorem koncert w teatrze miejskim – czemu witają tylko aktualnych posłów? Czemu ci ostatni nagle latem odwalili BILBOARDY Ze swoimi buziami i adresami biur?! Wcześniej jakoś tego nie robili…

Niedziela

Dożynki pod zamkiem w O. Kandydatów jest 15, bo okręgi spore. Ci na senatorów też są. Ponieważ nie wszyscy się znają kandydaci wzajemnie sobie dają z miłym uśmiechem ulotki, śliwki, cukierki i baloniki. Uśmiech zastyga kiedy się okazuje, że to kontrakandydat.

Wracamy późnym wieczorem. Kilometry, telefony, nerwy… W domu liże mnie wierny owies; dobrze, że jeszcze nie zapomniał.

Poniedziałek

Dajemy sobie siana. Wyłączamy komórki; chociaż na godzinę. Wchodzę do Face Booka i na NK. Ten się spotkał z działkowcami, tamten zamieszcza zdjęcie z kotem, ten nie lubi Palikota. Byleby tylko zaistnieć. Wyścig trwa.

Wtorek

Nie mamy gdzie powiesić banerów. Ci od elektryki nie chcą już z nami gadać. Może na wiaduktach? Może przyczepki do aut? „Wiesz co pójdę na te twoje wybory; nie chodziłem przez ostatnie dwa razy, ale wszystkich skreślę! Nie będą mi pieprzyć, że nie biorę świadomego udziału w akcie demokracji” – mówi mi sąsiad. Coś w tym jest.

Byle do 9 października. Szkoda, że nie 8-mego, bo wtedy mam urodziny.

DESZCZ

Krótka niesamowita historyjka na przekór pogodzie. Uważajcie na nerwy kiedy barometr spada!

Deszcz padał dwa tygodnie. Bez przerwy.

- Będą grzyby – emeryt pomostowy Józef patrzył w szarość za szybą.

- Prania nie idzie wywiesić – zrzędziła jego żona Malwina, chociaż wcale prać nie lubiła tylko zdradzać męża z listonoszem.

Zdradzanie jednak się skończyło kiedy Józef przestał pracować i zaczął baby oraz domu pilnować.

Z zacieku na suficie zaczęło kapać rdzawą wodą. Prosto do zupy pomidorowej na stole.

- Mówiłam ci jedz!

- Przecież kapie pod kolor.

- I dosuń firankę! – Malwina wzięła się pod boki.

Emeryt pomostowy Józef nie lubił kiedy mu rozkazywano. W wojsku utopił czołg z sierżantem Gwoździem, który mu bardzo dokuczał. W pracy pozbył się dyrektora Malarskiego zalewając go w dole gruszką betonu.

Znalazł metodę i na żonę. Tasak, pamiątka po dziadku sanacyjnym rzeźniku, był jeszcze wcale ostry. Krew zasiliła kolor zupy w wazie. „To też kapie pod kolor” – mruknął morderca.

Ledwie Józef schował zwłoki do tapczanu kiedy zapukał listonosz.

- No nie ma żony, nie ma, ale proszę spróbować zupy. Kiedy ją gotowała na pewno myślała o panu…

Podczas gdy listonosz siorbał łyżka za łyżką Józef pieścił jeszcze nie domyte ostrze tasaka. Deszcz bębnił o blaszany parapet coraz silniej i częściej.