OD KOMAROBÓJSTWA DO MORDOBICIA

Komary (Culicidae) – występująca na całym świecie rodzina owadów (nadrodzina Culicoidea) z rzędu muchówek. Znanych jest ponad 40 rodzajów i 3,5 tys. gatunków komarów.

I co mnie z tej wiedzy o komarach? Bąbli od tego nie ubywa; a że gryzą podobno samice też mnie taka owadzia zoofilia nie rajcuje. To nie pierwsze tropikalne lato pełne agresji tych owadów. Na progu XXI wieku popadłem w bezrobocie. Aby całkiem nie zwariować na skraju katowickiego parku w małym amfiteatrze – tuż przy knajpce w której czasem kogoś zastrzelili – prowadziłem festyn typu „piwo i muzyka”.

komar

I nagle przed godziną 21.00 ludziska zaczynają masowo uciekać. Sponsorzy sarkają, kapela też chce się zwijać; bo z ciemniejącego nieba atakują setki komarzyc – kamikadze. MUSIAŁEM COŚ WYMYŚLIĆ.

Porozumiałem się z bufetową i oto wynikł konkurs – KTO ZABIJE WIĘCEJ KOMARÓW wygra trzy piwa!!! Kilkunastu facetów nie zważając na nic zaczęło zbiorowe komarobójstwo browarem uzasadnione. Zwłoki składali na czystych karteczkach, które rozdałem. Pięknie sączyły się z estrady dźwięki kapeli naśladującej modne wtedy „Ich Troje”. Po pół godzinie z triumfalnym wrzaskiem wystartował niosąc ostrożnie kartkę – cmentarz w kierunku estrady wąsaty gość:

- Mam 147! Nikt mnie nie pobije!

Niestety, nie doszedł – ten, który miał o 10 mniej podstawił mu nogę. Zamieszanie zrobiło się niezłe. Obaj trzymając się za koszulki poturlali się w krzaki, gdzie doszło do mordobicia. Krwi sobie utoczyli i w ten sposób było jej mniej dla komarzyc…

PS.

Linka do pieśni na temat roli czwartej władzy w walce z brzęczącym niebezpieczeństwem wygląda tak:

www.youtube.com/watch?v=cmYy7REexxw

Foto – wędrówki: GISZOWIEC

Giszowiec, obecnie kawałek Katowic głośny za sprawą Małgorzaty Szejnert „Czarny ogród”. Teraz pani Małgorzata przerzuciła się na sprawy amerykańskie.

Do Katowic Małgorzata Szejnert trafiła „dzięki” negatywnej weryfikacji dziennikarskiej w stanie wojennym. Wciągnęła ją barwna historia koncernu Gieschego, to co zostało z architektury braci Zillmanów (plus Nikiszowiec), ludzie, którzy są solą tej ziemi również czarnej.

wilh 1

Również tę sobotę byłem na spotkaniu w Karczmie Śląskiej (serce Giszowca). Spotkanie stworzyła Nasza – Klasa. Szkoły nr 49 z pobliskiej Wilhelminy nie ma bowiem od 33 (!) lat a na spotkanie stawiło się 200 osób!

wilh 5

Sporo przyjechało nawet z Niemiec. I pomyśleć, że ja za nic w świecie nie mogę się spotkać w żadnym gronie od żłobka aż po studia. Zawsze komuś coś nie pasuje, a na samym końcu nikt nie ma czasu… W malowniczym obiekcie położonym w Parku Pod Lipami bawiono się do białego rana.

Nawet zawitał tam Ruch Autonomii Śląska w postaci red. Dyrda promującego swój słownik przekładu z polskiego na śląski oraz czarne koszulki z napisami: „Wolność dla Śląska!” i „NIE NERWUJ HANYSA”.

wilh 3

Pozazdrościć organizacji i kondycji. Chociaż ja nie Hanys tylko „GOROL” (czyli łagodnie mówiąc niezbyt doceniany) obcy to potrafię to docenić.

ZDRADA

To jest historyjka nie tyle o pożarze, co o miłości do bliźniego…

Wieżowiec płonął jasnym równym płomieniem. Ogień pieścił sto pięter od połowy w górę.

Tłum gapiów gęstniał a okrzyki przerażenia rozbrzmiewały kiedy kolejna ofiara wyskakująca z wysokich pięter rozklejała się z plaśnięciem o asfalt. Kobiety mdlały, mężczyźni zaciskali z bezsilności ręce a dzieci i tak nic nie widziały, bo w najciekawszych momentach rodzice zastawiali im oczy.

Nagle jedna z figurek wyskakujących z okien zwolniła i wykwitł nad nią pomarańczowy spadochronik. Facet zwolna opadał na dół i machał nawet zadowolony ręką w stronę gapiów.

Tłum oniemiał. – Chamstwo! Zdrada! To niesprawiedliwe! – dały się słyszeć coraz głośniejsze okrzyki.

Kiedy spadochroniarz wylądował dopadli go natychmiast. W milczeniu miażdżyli jego ciało, wydłubywali oczy, wyciskali ostatni oddech z ciała, które zdradziło ich oczekiwania. Wreszcie przestali i odeszli od drgającej galarety. Sytuacja była opanowana.

Następne ciało spadło już planowo. Kobiety dalej mdlały, mężczyźni zaciskali z bezsilności ręce a dzieci i tak nic nie widziały, bo w najciekawszych momentach rodzice zastawiali im oczy…

Proszę o rakietę, tego Waryjota

Panie Ministrze od Łobrony, Panie Sokorski…

Proszę o postawienie na moim polu jednej rakiety co to Polska dostaje je teraz z Ameryki. WARYJOT się nazywają, czy tak jakoś.

Pole daje za darmo bo Kochom bardzo Łojczyznę moją a tego k…a sąsiada mojego Wiśnioka to nienawidze! Dajcie więc mnie te rakiete, a najlepiej dwie (jakby jedna była z promocji, czyli uszkodzona). Ino mi tych amerykańców Murzynów nie przysyłajcie do obsługi, bo ja mam córkę Marynę w wieku rębnym to by mi ją jeszcze wyłunacyli i wstyd byłby nie tylko na całą wieś, ale i na powiat.

Wystarczy, że ją ustawicie i Se możecie jechać. Tylko zostawcie też instrukcję obsługi. Ja mam kumatego siostrzeńca, co to w „gemboja” gra jak szlag. On tam już będzie wiedział jak ją przez te komputry odpalić w razie inwazji.

I na koniec pytanie – ten sąsiad Wiśniok, co od niego ciągle krowy idą do mnie i jeszcze mi miedze znowu konsek zaorał to mieszka ode mnie 2 kilometry. Czy jakby co to fala wybuchu Waryjota do mnie dojdzie, czy wystarczy mi ten schron co go mam pod oborą, czy trzeba głębi kopać?

Niech się dzieje wola Pańska.

Jacenty Onuca, Zimna Wódka…

BYŁEM WIĘŹNIEM W OŚWIĘCIMIU (III)

Częśc trzecia i ostatnia mojego reportażu z roku 1989 kiedy to Amerykanie krecili film „Triumf ducha” w byłym KL Auschwitz…

Z wolna barak pustoszeje. Gdzieś w kącie brzęka butelka. Ktoś czka i chwiejnie startuje w stronę wyjścia.

- 5, 4, 3, 2 i ostatnie moje słowo… – chrypi Zuchowata Tuba.

- To kup se nowe baterie! – rzuca ktoś pod jego adresem.

W GRECJI NIE NOSZĄ SZALIKÓW

Zbliża się północ. Znowu na rampie. Przepychanie w piątkach.

- Tyś tu nie stał! – trwają przetargi. Siwy mężczyzna w płaszczu do ziemi wypycha jakiegoś chłopaczynę w marynarce. Ten wsadza ręce do kieszeni i, kulejąc z zimna, odchodzi gdzieś do tyłu. Ci w marynarkach na tej nocy wyszli najgorzej.

“Sonderkommando” przegląda szeregi, a ekipa montuje tory pod kamerę. Wzdłuż szeregów idzie Garderobiana.

- Co się pan wygłupia? Zdejm pan ten szalik, przyjechał pan z Grecji, tam jest przecież lato i nie nosi się szalików! – porusza zasuszonego, szczupłego mężczyznę. – I po co panu ta torba? Nikt panu nie ukradnie drugiego śniadania, niech pan ją schowa do wagonu. Dajcie mu walizkę. Walizki są tekturowe, kredą napisano na nich numery inwentarzowe i “Jude”.

Tym razem zadanie filmowe jest następujące – piątki mają przejść krok do przodu, potem dwa kroki, przerwa i znowu trzy kroki, przerwa. Dziesięć prób tej sceny trwa ( z coraz bardziej przedłużającymi się przerwami) około godziny.

Zniecierpliwienie narasta. Esesman nerwowo zaciąga się Popularnym. “Co oni sobie myślą”. “To nie Ameryka, a my nie Murzyni!”. Statyści i tak robią tylko za tło – kamerę interesuje przede wszystkim chłopiec podtrzymujący aktora w jasnej marynarce. Obok nich mężczyzna w marynarce z czerwonym pasem na plecach.

W przerwach nie wolno łamać piątek. Ale nikt tego nie przestrzega. Człowiek, któremu odebrano szalik, gromadzi wokół siebie spore grono słuchaczy.

- Oto jest mój dom, a w ogrodzie hoduję 1800 róż – pokazuje jakieś zdjęcia.

- Ale bałagan! Czegoś takiego nie było trzy lata temu, jak Amerykanie kręcili “Wojnę i pamięć” – wzdycha Statysta-Bywalec i wznosi oczy ku niebu znokautowanemu przez reflektory i lampy. – No i płacili za dodatkowe godziny i zdjęcia, a ci…

Kamerzysta ziewa ostentacyjnie. Dostojny Reżyser konferuje z Majkiem i Tubą z Brodą. ZMIANA KONCEPCJI. Będzie potrzebnych tylko siedem pierwszych piątek. Tylko tyle będzie widać w kadrze. Tuby, ta z Brodą i Zuchowata, trzymają wszystkich w pogotowiu.

Tym razem kręcona jest scena na torach. Sonderkommando wsadza kilka kobiet do ciężarówki, w tym aktorkę, Ładną Brunetkę, a pies szczeka ile wlezie. Powtarzają to bez końca. W przerwach Ładną Brunetkę otulają kurtką i poją herbatą. Znowu wirują płatki śniegu.

- Coś trzeba z tym zrobić. Kapo się zbuntowali, Amerykanie ich podobno poparli – do mojej piątki przyszedł młody, szczupły, w płaszczu w jodełkę i podpuszcza. – Kapo to aktorzy z teatrów i dostają tylko dziesięć tysięcy za noc. Chcą jeszcze 3,5 tysiąca jako zwrot kosztów. A Amerykanie podobno dostają pięć tysięcy dolarów za noc. Ale nas poprą. Chodźcie do kierownika i postawmy sprawę jasno.

Ktoś dorzuca: “A w niedzielę zbuntowali się esesmani. Oni są przecież cały czas na planie”. Nikt jednak nie rusza się.

- Cisza na planie! – wrzeszczy Tuba z Brodą. I znowu pies ujada jak oszalały. Jakaś kobieta w wagonie zemdlała. Podobno chorowała na serce. Przydają się nosze i karetka.

MESJASZ JEST MIĘDZY NAMI

Jest wpół do drugiej. Wszyscy już mają dość. Na rampie coraz mniej ludzi. Większość weszła do wagonów. Postęp: kobiety z dziećmi mogą iść do baraku nr 9, mężczyźni pozostają ustawieni piątkami.

Wchodzę do wagonu. Przepycham się przez stojących w wejściu i natychmiast o ludzi śpiących na workach ze szmatami. W kącie słychać spazmatyczny śmiech dziewczęcy i pijacki bełkot. Moja ręka na coś natrafia. Podnoszę do światła wpadającego przez zakratowane drutem kolczastym okienko. To kobiece majtki.

Wyglądam. Esesmani z psami i kobiety wsiadające do auta – znikli. Jest tylko kilkudziesięciu mężczyzn zgrupowanych w pierwszych piątkach i Aktor. Stoi na brzegu rampy, przodem do torów i patrzy intensywnie w dal. Nagle Dostojny Reżyser bardzo zresztą naturalistycznie, szczeka – hm, czyżby nie ufał polskim psom? Aktor cofa się kilka kroków. Kręcą tę scenę chyba 40 minut.

Ten Aktor, to chyba Willem Defoe, bohater “Ostatniego kuszenia Chrystusa”. A więc i Mesjasz trafił na rampę w Birkenau. I to podobno za 5 mln dolarów. Wpół do trzeciej przypomniano sobie o statystach. Każą im znowu maszerować. Ci stają twardo: “Nie będziemy dalej grać, jak nam nie zrobią herbaty! Co to za problem! Kapitaliści żłopią bez przerwy!”

- Panowie, spokojnie, szkoda czasu na herbatę – tym razem Zuchowaty Młodzieniec nie ma już tuby i zmienił ton. Dostojny Reżyser podnosi brwi i pyta Tuby z Brodą: “What?”

Jeszcze kilkanaście przemarszów i punktualnie o trzeciej KONIEC! Tej nocy nakręcono mniej więcej pięć minut filmu netto. Przez godzinę trwa potworne zamieszanie – nie można dostać się do autobusów odjeżdżających z obozu. Jak widma, postacie z żółtymi gwiazdami na klatkach piersiowych, mieszają obozowe błoto. Grzęzną w nim i autobusy. W bramie tworzy się korek.

W autobusie siadam obok Statysty-Bywalca:

- A jutro – od nowa. Chyba nie pójdę do roboty – mówi.

Na parkingu otwierają tylko jedne, przednie drzwi. Każdy, kto wysiadł, oddaje plastykowy numerek i dostaje paragon. A na nim wypisana CENA TEJ NOCY – po potrąceniu podatku zostało 3680 zł. Dla niektórych była to już czwarta noc…

Ostatnia kolejka, do szatni.

- Będzie pan jutro? – pyta Nadgarderobiana, odwieszając mój kostium.

- Może.

(Tygodnik “Rzeczywistość”, Warszawa, 23 kwietnia 1989 r., nie istnieje)

Historia tego artykułu nie jest prosta – odrzuciła go wówczas “Polityka”. Red. Marek Henzler oświadczył, że obraża on uczucia martyrologiczne Polaków. Puściła go więc konkurencja, czyli “Rzeczywistość”, ale zaraz potem padła.

A kto obrażał uczucia ten obrażał – ze względu na opisane przez mnie bezeceństwa był to ostatni film jaki kręcono na terenie obozu w Oświęcimiu. Następny, “Lista Schindlera” był już przez Spielberga kręcony za drutami, w barakach zbudowanych na potrzeby filmu. A tak w ogóle to kwitek na 5 tys. zł jakie mi się należało za statystowanie zgubiłem i jedyną moją dolą była wierszówka z “Rzeczywistości”. Na całe szczęście nieco większa)

BYŁEM WIĘŹNIEM W OŚWIĘCIMIU (II)

Dokładnie 20 lat temu Amerykanie kręcili film w Oświęcimiu. Nazywał się „Triumf ducha” i grał w nim żydowskiego boksera Will Defoe. Ja robiłem tam za statystę. To był ostatni film zrealizowany na terenie obozu. Na następne już nie zezwolono…

Oto ciąg dalszy mojego reportażu z tamtego wydarzenia, nie tylko filmowego.

Na rampę zajechał pociąg pełen Żydów z Grecji….

…Na znak dany przez Tubę z Brodą słychać płacz i zawodzenie, a potem wszyscy zaczynają się miotać. Polega to na tym, że całuje się i ściska najbliższą osobę, po czym ludzi rozdziela Sonderkommando w pasiakach. Ja już z pięć razy obcałowałem i wyściskałem stojącą obok mnie niską panią koło pięćdziesiątki, a Sonderkommanda nie widać. Co robić – rozstajemy się więc z “żoną” na własną odpowiedzialność i ustawiamy się posłusznie w piątki.

Powtarzamy. Wcześniej Sonderkommando dostaje OPR za to, że nie jest zbyt aktywne. Podczas siódmej chyba próby tej samej ciągle sceny, wiatr się wzmaga i zaczyna się zadymka śnieżna. Nad kamerą ustawioną na wysokości pierwszego z wagonów pojawił się plażowy parasol znad bufetu.

- Nie lubią jak pada śnieg, obraz jest wtedy zamazany – mówi do mnie moja “żona”. Ona wie lepiej, była już wczoraj. Wczoraj, a raczej dzisiaj, bo skończyło się o czwartej rano. O której skończy się tej nocy?

Moją uwagę zwraca wysoki, młody człowiek z wąsem w jasnej marynarce, który w scenie pożegnania z ładną brunetką wykazuje stanowczo zbyt dużo entuzjazmu jak na pracującego za 4 tysiące złotych. Może chce się przed nią popisać, aby ją zaciągnąć do wagonu?

- Przecież to aktorzy! – strofuje mnie oburzony Statysta-Bywalec, który jest ze mną w jednej piątce.

PAN MAJK MOŻE SOBIE RZĄDZIĆ W AMERYCE!

Zadymka nieco ucichła. W ekipie trwają jakieś pertraktacje, a czas płynie. Jest po dwudziestej. Psy – zniecierpliwione długim staniem – szczekają. Jeden z nich zapoznaje się bliżej z innymi częściami ciała stojącej obok suki. Powoduje to ogólną wesołość.

Patrzcie, ale jej minetę odstawił! – cieszy się obok jakiś emeryt. Humory jeszcze dopisują, lecz już niektórzy ze statystów szemrają. “Dokąd to będzie trwało?”, “Kończmy to i róbmy coś innego!” – słychać.

Pertraktacje w ekipie przedłużają się. Aż wreszcie rozlega się sakramentalne: “ACTION!”. Z próbami to ujęcie powtarzano 15 razy. Przerwy ciągną się bez końca. Dochodzi dwudziesta druga i jest coraz zimniej. Esesmani zabawiają się wzajemnym szczuciem psów. Któregoś asystenci reżysera wyzywają za to, że defiluje z duża torbą, z której wystaje butelka z herbatą.

- Widział pan kiedyś esesmana z taką torbą? – krzyczy Tuba z Brodą.

Ludzie zaczynają się rozłazić. Coraz więcej wchodzi do wagonów. Tam jest trochę cieplej, bo przynajmniej nie wieje.

- Co? Do ubikacji? Do jakiej ubikacji?! Nie ma żadnego sikania bez mojego pozwolenia! – wrzeszczy inna tuba. Złapał ją znany nam już Zuchowaty Młodzieniec. Ten urzęduje na torach i dorwał właśnie jakieś panienki, które umykały boczkiem.

Amerykanie i esesmani raczą się bez ograniczeń kawą i herbatą z plastykowych kubków. Donoszą im też kanapki. Nie dla statystów jednak te rarytasy. Jak już któremuś uda się wyrwać z rampy, to bufet go nie obsłuży – żółta gwiazda wyznacza nam miejsce w hierarchii społeczności planu filmowego.

- A teraz ustawiamy się w piątki, pamiętamy kto w której piątce stoi i z kim idziemy na posiłek! Ale po kolei! Najpierw kobiety z dziećmi – słychać upragniony tekst przez jedną z tub. Narastający szmer zastępuje westchnienie ulgi.

Przed wejściem do ogromnego drewnianego baraku numer 9, gdzie jest stołówka, zrobił się gigantyczny korek. Tłum, jak zaczarowany dźwiękiem fletu, słucha Tuby Zuchowatego Młodzieńca., który własną piersią i głosem broni wejścia:

- Najpierw małe dzieci z opiekunami, potem kobiety, a następnie SS, Sonderkommando i reszta.

Amerykanie swoje zaplecze socjalne mają w kilkunastu przyczepach campingowych. W kuchni sa kuchenki mikrofalowe, podgrzewacze, no i wybór kilku dań. Jak ktoś ma ochotę, to jest i czekolada, banany, coca i piwo. A przed wejściem do baraku nr 9, obsikiwanego niemiłosiernie (podobne jak i inne baraki), dwie kuchnie polowe. Przy płomieniach grzeją się to bez oznak wrogości ostrzyżeni nastolatkowie, esesmani w porozpinanych mundurach, wymalowane dziewczyny, przytulane przez żołnierzy Ludowego Wojska Polskiego obsługującego kuchnie, inwalidzi z kulami, Sonderkommando w pasiakach.

- A wiecie, co zrobiłem po tym, jak trzeci raz przeleciałem żonę? Odpiąłem narty! – dobiega mnie końcówka opowiadanego przez kogoś kawału.

W baraku czeka na nas talerz grochówki i bułka. Herbaty nie można się napić, bo wyszły kubki. Zanim dochodzę do wolnego miejsca, zupa stygnie prawie zupełnie.

Zuchowata Tuba uświadamia:

- Pan Majk to może sobie rządzić w Ameryce! Jak my coś powiemy, to nas trzeba słuchać! Przecież to “Poltel” wam płaci, a nie pan Majk! Tu, w końcu baraku prawie go nie słychać i nie bardzo wiadomo o co mu chodzi.

Obok siedzi zaczytana dziewczyna.

- Oczy sobie pani popsuje, przecież tu ciemno – mówię do niej.

- Niech pan posłucha, przecież to takie piękne – odpowiada i czyta: “Nad nami – noc. Goreją gwiazdy. / dławiący trupi nieba fiolet / Zostanie po nas złom żelazny / i głuchy drwiący śmiech pokoleń”. To Borowski; przygotowuję się do próbnej matury.

- A kiedy pani śpi?

- Jak to kiedy? Na przerwach. Koleżanki chyba szlag trafi, kiedy mnie zobaczą w kinie.

A Zuchowata Tuba finalizuje przerwę:

- Teraz liczę do sześćdziesięciu. Jak wszyscy nie wyjdą, to zobaczycie. Zapiszę numery i dostaną połowę pieniędzy! Uwaga! 60, 59, 58 …!

(Dokończenie nastąpi)

BYŁEM WIĘŹNIEM W OŚWIĘCIMIU (I)

Dokładnie 20 lat temu Amerykanie kręcili film w Oświęcimiu. Nazywał się „Triumf ducha” i grał w nim żydowskiego boksera Will Deofoe. Ja robiłem tam za statystę. TO był ostatni film zrealizowany na terenie obozu. Na następne już nie zezwolono…

Najpierw zobaczyłem plakat na dworcu kolejowym w Katowicach. Można zostać statystą w amerykańskim filmie “Day by day”, który będzie kręcony w Oświęcimiu. Płacą 4 tys. zł za odzież, 9 tys. za rozebranie się do naga w łaźni (też za każdy dzień), no i duża sprawa – jednorazowo 40 tys. dla mężczyzny za ogolenie się na zero! Kobiety za to samo mogą dostać dwa razy więcej.

DO ZOBACZENIA W OŚWIĘCIMIU!

Nabór statystów przeprowadzał katowicki “Poltel” 9 stycznia. Przed wejściem kolejka. Za mną dwóch emerytów spod Chrzanowa.

- Będą bili naprawdę?

- Cholera ich wie, może się któremuś pała omsknąć. Ciekawe, czy coś grubszego dadzą pod pasiak włożyć, jak te psy będą chatrać?

Po godzinie stania, gdy zebrało się sto osób, wpuścili nas do środka. Odprawę grupy prowadzi Niski Łysiejący Brunet. “To ten, który w “Vabank II” grał reżysera!” – mówi ktoś za mną. Brunet mówi, żeby już teraz zdecydować się, czy chcemy na stałe, czy na dorywczo. Bo pieniądze za dodatkowe usługi (strzyżenie, łaźnia) będą tylko dla tych, którzy na stałe.

Matka ładnej, czarnej dziewczynki pyta, czy można zapisywać dzieci. Brunet tłumaczy, wyjaśnia. “To będzie luty, może być w nocy mróz, a zaczniemy od zdjęć nocnych. Proszę państwa pamiętać jednak o tym, że TO JEDNAK JEST OBÓZ”.

Na sto osób tylko dziesięć będzie statystować dorywczo. “Stali” z Brunetem idą konferować za róg, my zostajemy z Dziewczyną w Okularach. Okulary klasyfikują nas narodowościowo. Większość z nas będzie Holendrami.

- Trzy razy ten reżyser namawiał mnie żebym się rozebrała – chwali się wszystkim naokoło niewiasta w wieku balzakowskim. – Widać wpadłam mu w oko. Ale ja się oczywiście nie zgodziłam! Chodź Jacek, my możemy bez kolejki się zapisać – i przepycha się z kilkunastoletnim chłopcem, wyraźnie po chorobie Heinego-Medina, do spisujących umowy pracowników “Poltelu”.

Ci, co poznali się podczas naboru, żegnają się: “Do zobaczenia w Oświęcimiu!”

ZIELONI NA LEWO, ŻÓŁCI NA PRAWO!

Wtorek, 14 lutego. Zbiórka statystów pod “Pewexem”, obok hotel “Katowice”. Tłumek statystów miesza się z cinkciarzami. Jest wśród tych ostatnich mój znajomy. – Ty tez tam? – pyta – A za ile? Mówię mu. – Co? ZA DOLARA BAKAĆ CAŁĄ NOC? Powiedziałbyś to dziewczynce z hotelu, ale by się uśmiała!

Zajeżdżamy pod główny obóz w Oświęcimiu. Tu wszyscy do bloku 32. Najpierw trzeba pobrać odpowiedniego koloru plastikowy numerek, a potem przebrać się w szatni. – Zieloni na lewo! Żółci na prawo! Najpierw ci, którzy byli wczoraj! – wrzeszczy od wejścia Zuchowaty Młodzieniec. Ci, którzy już byli wczoraj stoją w kolejce przyszywają żółte gwiazdy Dawida.

Rozmawiam ze Statystą – Bywalcem. Grał jeszcze Krakowie w filmie z samym Cybulskim. – Wczoraj mnie nie wpuścili, nawaliłem się, ale za to byłem w Brzezince i załapałem się dwa razy na wątróbkę – mówi Bywalec. Zdejmuje na chwilę wełnianą czapkę i gładzi swe przystrzyżone na zapałkę włosy.

- Jeszcze dziesięć żółtych kobiet do przodu! Nie dwadzieścia i nie czterdzieści osiem, ale DZIESIĘĆ! – wrzeszczy znowu Zuchowaty Młodzieniec. Dotarłem do dzielących numerki. O żadnych Holendrach nikt nic nie słyszał. Albo będę robił za greckiego Żyda albo do widzenia.

Biorę zielony numerek 578 i idę do garderoby na I piętro bloku 23. Przez otwarte drzwi szatni widać scenkę – garderobiane na kolanach młodych, zdolnych adeptów sztuki filmowej. Pod stołami las butelek po piwie. Z drzwi szatni męskiej wypada rozbuchana grupa nastolatków: “Co? Nas za esesmanów? Nigdy!” Przychodzi moja kolej. Nadgarderobiana mierzy mnie krytycznie, po czym uzupełnia moje odzienie o długi, czarny, ocieplany płaszcz i kaszkiet w kratkę. Na płaszcz jakieś dziewczę przyszywa mi na sercu żółtą gwiazdę Dawida z greckimi literami.

THIS IS YOUR ŻONA

Autokary jadą wreszcie na rampę. Zbliża się godzina dziewiętnasta. Obóz jest rzęsiście oświetlony. Do rampy trzeba iść prawie kilometr błotnistą drogą. “Prędzej, szybciej zaczniecie, szybciej skończycie!” – słychać głos Zuchowatego Młodzieńca. Na rampie tłum tysiąca statystów. Mężczyzn jest trochę więcej niż kobiet i dzieci. Część ze statystów stoi w kilkunastu bydlęcych wagonach z napisami “Deutschebahn”.

Na torach kilkunastu esesmanów. Kilku z nich ma psy (esesman 4 tys. zł, pies 5 tys. zł za dzień zdjęciowy). Na tory wjechała też ciężarówka oraz karetka sanitarna. Po drodze wzdłuż rampy jeździ retro-motocykl marki “Zuendapp” dosiadany przez esesmana (40 tys. za dzień zdjęciowy).

- Byliście tydzień w drodze. Przyjechaliście właśnie do obozu, większość z was już wysiadła z wagonów, reszta wysiada. Sonderkommando ustawia osobno piątkami mężczyzn, osobno kobiety. Wyrzuca też z wagonów bagaże, a chorych bierze na nosze – nadaje do nas Tuba z Brodą wychylająca się z pierwszego wagonu.

Z Amerykanami Tuba z Brodą porozumiewa się po francusku. Ekipa amerykańska usytuowała się pośrodku rampy. Dostojny Reżyser obok Kamerzysty, który ze względu na taka samą siwą, krótko przystrzyżoną brodę, jest bardzo do niego podobny. Za kamerą kilka metrów przerwy, elegancki oficer SS w białym szaliku, a potem składane fotele – każdy z personalnym określeniem swego amerykańskiego właściciela. Jeszcze bardziej z tyłu gorące napoje pod olbrzymim, plażowym parasolem.

Jest około zera stopni. Wieje lekki, zimny wiatr. Podwójne lampy na słupach usytuowanych pośrodku rampy oraz trzy potężne reflektory na podnośnikach hydraulicznych dają tak popalić, że nie widać w ogóle czy tej nocy są gwiazdy. Statyści stoją w grupkach i przytupują. Pomiędzy nimi biega Majk-Czerwona Kurtka i dokonuje przemieszczeń. Chodzi mu o to, aby statyści tworzyli żegnające się rodziny.

- This is your żona – mówi Majk-Czerwona Kurtka i przysuwa młodzieńca w płóciennej marynarce bliżej wymalowanej blondyny w kwiecistej chustce.

- O. K.! – krzyczy Dostojny Reżyser.

Zaczyna się próba…

CDN być może nastąpi

ŚWINKI TRZY

Sytuacja stała się poważna – w górach Barbadosu zwołano nadzwyczajne posiedzenie Związku Zjadanych Zwierząt.

W prezydium zasiadły tradycyjne Trzy Świnki – rosyjska, niemiecka i nie wiedzieć, czemu rumuńska. Reprezentowane były również krowy – po tej całej sferze z BSE zaczęły jednak udzielać się publicznie, poza tym dotarły wpław w bagażach i balonami owce, konie, strusie i tylko osły jak zwykle zbojkotowały imprezę. Ich zdaniem, bowiem salami robi się z żółtego sera niskiej jakości.

- Ciszej, proszę Państwa ! – Wanda Iwanowna, czyli świnka rosyjska próbowała przekrzyczeć ogólny tumult. Waliła przy tym ostro racicą w odwrócone koryto zastępujące stół prezydialny. Gwar nieco ucichł.

- Istnieje poważne niebezpieczeństwo, że znowu dojdzie do świniobójstwa. Ludzie będą się bronić przed grypą w każdy sposób. Zastanówmy się więc – CO ROBIĆ? – kontynuowała Wanda Iwanowna.

- Jakiego ZNOWU? Jak na razie to nas palono na stosach i nie kupowano w marketach?! – zaperzyła się Hindi, święta krowa z Indii.

Swińka

- Czy ja mogę coś powiedzieć? Rwał się do głosu pomidor Feliks. Chociaż jego pobratymcy w żaden sposób nie mieli czterech łap i ogona te czerwone okrąglaki jednak upominały się o swoje prawa w ZZZ. Twierdzili, że ich też zjadają.

- No mów już, mów zanim zwiędniesz – łaskawie pozwoliła jej Brunerka, świnia niemiecka wycierając przy tym hałaśliwie ryj w liść łopianu.

– Uważam, że powinniśmy ustalić, która świnia w Meksyku pierwsza kichnęła na człowieka; napiętnować taką, wywieźć na taczkach; dać zdjęcie do tabloidu i w ogóle odciąć się od niej. Może wtedy dadzą nam spokój – wypalił Feliks i jeszcze bardziej poczerwieniał, co wydawało się mało możliwe.

I znowu wszyscy zaczęli naraz kwiczeć, chrząkać i muczeć. Przekrzyczała ich dopiero Oradea, świnka rumuńska. – A może warzywo ma rację? Proponuję zwołać grupę bezpartyjnych fachowców, która się tym zajmie i całej akcji nadać kryptonim ORWELL…

OD AUTORA:

Nie wiem jak Wy, ale ja już nie mogę słuchać o świńskiej grypie. Każdy na jej temat zabiera głos, czy się zna czy nie. Przypomina mi to psychozę BSE, choroby wściekłych krów. Dzisiaj nawet nie wiemy o co wtedy chodziło. Ten tekst jest reakcją obronną mojego organizmu. A jak wam się nie podoba to go wydrukujcie i zjedźcie.

BARBARA BLIDA – JAKĄ PAMIĘTAM

20 lat temu była inżynierem w siemianowickim Fabudzie. W jej gabinecie stały gumofilce – rządziła mężczyznami na budowie a ci (zwłaszcza na Śląsku) nie lubili, kiedy rozkazuje im kobieta.

Pracowałem wtedy w redakcji tygodnika „Goniec Górnośląski”. Pierwsze wolne wybory roku 1989. Wolne, a może dla których zbyt szybkie… Barbara Blida nie weszła wówczas do Sejmu. W drukarni przedobrzyliśmy – w ostatniej chwili na ołowianej już stronie w kasztach przełożyliśmy tekst o niej do góry zamieniając ją z kandydatem Kazimierzem, panem siwowłosym, o wiele starszym i z innej opcji.

Wszystko w porządku tylko zdjęcia zostały. Tekst był o Kazimierzu lat 60. parę a fotka przyszłej minister budownictwa. Nawet się za bardzo nie obraziła; miała tylko trochę pretensji, że jej dodaliśmy trzy lata w CV. Jakże by jej się teraz te trzy lata przydały! Potem była Rada Społeczno – Gospodarcza przy Sejmie RP. Weszli do niej ci fachowcy, którzy kandydowali do Sejmu i im trochę zabrakło. Zdobywała pierwsze doświadczenia polityczne.

Na jej dyżury w Siemianowicach mało, kto przychodził. Jeszcze nie była pewna siebie. Potem przyszedł sukces. Nigdy nie żałowała czasu dla wyborców, poczekalnia była pełna, miała serce dla dłoni, bardzo przeżywała to, co robi, zawsze szła na całość. W któryś wieczór, roku 1993 byłem na Wiejskiej. Godzina 22.00, przesłuchiwała ją komisja budownictwa. Padały ostre pytania, bardziej nieżyczliwe jej opcji niż merytoryczne.

W pewnej chwili Barbara nie wytrzymała napięcia, atmosfery jawnej wrogości i po prostu się rozpłakała. Trudno mi oceniać jej działalność jako ministra. Po którejś kadencji miała dość polityki i została szefem dużej firmy budowlanej, ale otchłań ją wciągnęła. Była zbyt wrażliwa – kiedy sięgnęła po broń wiedziała, że nie wytrzyma nagonki mediów, zarzutów słusznych i niesłusznych, szczucia. Miała zbyt delikatną skórę… Dwa lata temu podczas pogrzebu w Michałkowicach tłumy. Nagle ktoś wielki i silny zaczął się przez ten tłum przedzierać – w jasnym prochowcu, z jednym złamanym goździkiem. To był Józef Oleksy, który jak żubr przez zagajnik zmierzał w stronę grobu gdzie składano ciało jego koleżanki.

On wytrzymał podobną nagonkę, albo nawet większą. Trudno mieć do niego pretensji… 30 lat temu piosenkarka i poetka Kora zapytana przez mnie co myśli o POLITYCE odpowiedziała: „Polityka to jest wielkie g…” Chyba po latach zrozumiałem co miała na myśli.

GENERAŁ ZAWADZKI, FAJNY GOŚĆ

Aleksandra Zawadzkiego nie poznałem osobiście. Ba, miałem 9 lat, kiedy umarł w 1964 r. Na kolonii koło Andrychowa gdzie wówczas bawiłem urządzono uroczysty apel.

Powiedziano nam, że umarł przewodniczący Rady Państwa. Jego portret, przepasany kirem, zawisł na balkonie. Z portretu patrzył na nas szczupły mężczyzna w okularach. Posłuchaliśmy, podrapaliśmy się po głowach – zjawisko wszawicy wówczas jeszcze występowało – i wróciliśmy do swoich zajęć.

To znaczy do szukania kaczego mydła w strumieniu, zjadania zajęczej trawy oraz innych gier i zabaw właściwych cielęcemu wiekowi. Mnie natomiast było smutno – jako urodzonemu fajtłapie zepsuły mi się brzoskwinie, które mamusia przysłała mi z domu w tekturowym pudełku. Wstydziłem się paczkę otwierać przed koleżkami, a może bałem, że mi zeżrą…

Generał powrócił do mnie echem równo w 20 lat później. W roku 1984 z wycieczką górników kopalni noszącej jego imię (później KWK „Paryż” a obecnie to już jej brak) jako redaktor zaangażowanego politycznie biuletynu pojechałem aż do samej Warszawy. Towarzyszył nam ogromny wieniec, uczyniony częściowo z kłosów zboża (pełnia lata wówczas przypadała).

Droga do Warszawy dłużyła nam się niepomiernie, bo przecież jechało się nie Inter City tylko autobusem. Górnicy wzdychali, obgryzali paznokcie, poprawiali sztywne kołnierzyki od galowych mundurów i patrzyli w krajobraz. Panowało głuche milczenie. Na Powązkach akcja była szybka.

Rzuciliśmy wieńcem, krótka ateistyczna modlitwa i z powrotem. Zapamiętałem tylko na grobie przewodniczącego Aleksandra wszędobylskie …myszy, które były zainteresowane w/w ziarenkami w wieńcu. Ale przecież król Popiel w Alei Zasłużonych nie był pochowany…

Z powrotem za to było wesoło. Górnicy zrzucili góry od mundurów, kasę też zrzucili na płyny wzmacniające. Trzeba przypomnieć urodzonym po stanie wojennym, że wówczas obowiązywały kartki na gorzałę. Wódkę kupiliśmy więc w knajpie w miejscowości Babsk (bardzo krótka miejscowość i drogówka tam często teraz stoi). No i zaczęły się śpiewy, toasty, wrzaski, śmiechy. Droga powrotna zleciała bardzo szybko, a brudzia zdążyłem wypić z połową autobusu, bo na środku padłem…

Trzeci raz generał wrócił do mnie na wsi w Dobieszowicach (pomiędzy Piekarami i Będzinem), gdzie teraz dowiedziałem się, że ufundował szkołę w czasach, kiedy był wojewodą śląsko – dąbrowskim. I komu to przeszkadzało.