PODRÓŻ POŚLUBNA, MOJA WŁASNA

Dość tego małżeńskiego lenistwa; czas ruszyć w święte góry w podróż poślubną…

Ile można się żenić, nawet na zamku w Będzinie; czas wyruszyć w podróż poślubną. My wybraliśmy … Nową Hutę.

po slubie 3

Ale nie tę koło Krakowa z byłą Hutą Lenina lecz wieś u podnóża Gór Świętokrzyskich. Co druga miejscowość tu bowiem ma hutę w nazwie – DYMANIE ma w Górach Świętokrzyskich niezłe tradycje. Sięgające nawet średniowiecza – impreza okolicznościowa z tej okazji zazwyczaj odbywa się w sierpniu.

Dymanie bardzo mi pasuje do podróży poślubnej… Naszym celem było znalezienie choćby jednego diabła, a jeszcze jakby się przy tej okazji zadawał z czarownicą to już byłoby SUPER!

po slubie 1

Zadaliśmy sobie trud i wspięliśmy na Łysą Górę, albo jak kto woli na Święty Krzyż. Poraża ponad tysiącletnia historia tego miejsca wywodząca się od czasów pogańskich. Bolesław Chrobry jednak poświęcił co trzeba; potem przyszli benedyktyni. Ciekawostka – w XIX wieku klasztor był miejscem zsyłki dla źle prowadzących się księży (tzw. księży demerytów). Wciągali oni przez okna koszyki z wódką wstawiane za opłatą przez okolicznych szynkarzy…

Za sanacji w więzieniu siedział tu natomiast przemytnik, szpieg a potem pisarz Sergiusz Piasecki, którego wyciągnął stąd sam Melchior Wańkowicz. A gdzie siły nieczyste? Czarownice tylko na pocztówkach a diabła rogatego widzieliśmy jedynie na odległej łące. Chociaż kto wie co się tutaj w nocy wyprawia…

po slubie 2

PS. W drodze powrotnej jeszcze Muzeum Wsi Kieleckiej w Tokarni gdzie nowa żona pod portretami Piłsudskiego i Mościckiego przymierza się do roli mojej nauczycielki życia

Foto-wędrówki: CZARCIE KOPYTO

Jest takie magiczne miejsce na beskidzkiej Równicy, gdzie diabeł odcisnął swój ślad kopytem. Dlatego jeżdżę tam czasami 200 kilosów brutto, żeby zjeść kiełbaskę, albo pstrąga i spojrzeć z góry na ten świat.

Równica 1

300 lat temu na konspiracyjnych mszach zbierali się tu tępieni ewangelicy. Może stąd reszta pobożnych z większości widziała tu diabła… Wystarczy godzina szlakiem z Ustronia, aby znaleźć się na tym szczycie. Można też za drobne 5 PLN wjechać pojazdem.

Kiedyś było tu jedynie schronisko PTTK, potem pojawiło się właśnie: „Czarcie Kopyto”… Pierwszy raz byłem w nim 17 lat temu. Wszedłem wtedy – ciemność, tylko ogień płonie pod okapem na którym publika sama sobie przypieka na szpikulcach co tam chce „szamać”.

Równica 2

I do tego „Budka Suflera” – „Cień wielkiej góry”… To magiczne miejsce mnie zauroczyło tym starosłowiańskim rytuałem… W niedzielę wieczorem było już pusto, kiełbaski piekliśmy w paszczy diabła (to już nowa sala) a śpiewał z głośników pop – gregoriański chór.

Tylko kogut dybie na dachu, żeby zapiać czartu i przywrócić go do równowagi. Nawet diabeł beskidzki ma więc kogo się bać… Równica coraz bardziej cywilizowana – przybywa biznesów. Nawet sztuczny tor saneczkowy się pojawił. Szkoda tylko, że wieży widokowej (takiej jak na Baraniej Górze) brak.

Równica 3

A jest na co popatrzeć – nawet kawałek ośnieżonych Tatr po tamtej stronie granicy majaczy… Jest na co popatrzeć bliżej – chociaż chłód wieczorny podkasane dziewczyny pozują do fotek swym chłopakom – motocyklistom. Zaraz pomkną w dół, przeziębione nerki co się odezwą za 20, albo więcej lat mając za nic.

Pomkniemy i my za nimi, ale może ciut wolniej. Jeszcze tu wrócimy…

FOTO-WĘDRÓWKI: KRNOV

A gdzie to do cholery ciężkiej jest?! Ano na pograniczu morawsko – opolskim. Po polskiej stronie mamy Głuchołazy.

Poniosło mnie tam z jeszcze Muzą, a wkrótce małżonką, bo chcieliśmy zobaczyć góry. Ot taki oddech od cywilizacji kieratu i moto- korków. Nawet nie wiadomo kiedy przejechaliśmy byłą granicę. POLIZIE stała gdzieś w krzakach lecz machnęli ręką na nasze Seicento.

Krnov, albo jak kto woli po naszemu Karniów – typowa czeska dziura postindustrialna licząca 25-tysięcy mieszkańców – przywitał nas już kampanią europejską. Są hasła, plakaty i billbordy. Czemu więc my jesteśmy tak w lesie?

krnov 4

Szkoda… Tylko, że kandydat którego sfotografowaliśmy podpisał się tylko ręcznie i w związku z czym nie wiemy „jako se on mianuje”. Miejscowi jednak widać wiedzą.

Poza tym zwraca uwagę w Karniovie uwagę ocalała synagoga z roku 1871. Nie zburzono jej w czasie wojny gdyż jakiś przebiegły zrobił w niej targowisko. Teraz odżywa – w piątki o 19.00 znowu czytają tam Torę.

krnov 2

Co to jeszcze zobaczyć w Karniowie? Zdaje się myśleć Lila.

krnov 1

Najlepsza okazja trafia się w tamtejszym Kauflandzie – kanapy przecenione aż o połowę! Warto więc dymać było 150 km z Katowic.

krnov 3

Na pożegnanie miejscowy kot pokazał nam swój język. Czyżby miał na imię Wedel?

krnov 5

FOTO – WĘDRÓWKI: WAWEL

5 maja, meldunek spod Wawelu. Wisła płynie w dobrym kierunku. A co poza tym?

Flaga, której ostatnio tak szukałem powiewa. A że czerwonym na dół? Oni – my?! – swoje 5 minut już mieli, a może nawet pół wieku.
Wawel 1

Przedstawiciele władzy z życzliwością obserwują przygotowania do nieoczekiwanych obchodów w Krakowie święta 20-lecia transformacji.

Wawel 2

Załogi ostro ćwiczą. W programie imprezy z okazji 4 czerwca są przecież bowiem m.in. regaty ósemek Platformy i PiS. To więc nieprawda, że gród pod Wawelem jest zaskoczony przejęciem tych igrzysk politycznych od Gdańska.

wawel 3

Tymczasem OBCY nie próżnują – to wielkie białe UFO skwapliwie nasłuchuje i wygląda na to, co się dzieje na małopolskiej ziemi. Nieoficjalnie możemy jako pierwsi poinformować, że został ogłoszony przetarg na to – kto wygra pomalowanie do Parlamentu Europejskiego nawet całego UFO w swoje hasła. Płatne przed zakończeniem kampanii!

wawel 4

Utrudzeni zwiedzaniem mogą się posilić na wiślanym stateczku zestawem – ruskie (a jednak cholery przeżyły!) plus naleśnik z twarożkiem. Smacznego! Do zobaczenia w czerwcu.

wawel 5

PS. A jakby ktoś chciał oglądać wieszcza Wyspiańskiego w piwnicy kościoła Skałka to niech raczej zdąży przed 17.00. Paulini też mają zegarki.

GENERAŁ ZAWADZKI, FAJNY GOŚĆ

Aleksandra Zawadzkiego nie poznałem osobiście. Ba, miałem 9 lat, kiedy umarł w 1964 r. Na kolonii koło Andrychowa gdzie wówczas bawiłem urządzono uroczysty apel.

Powiedziano nam, że umarł przewodniczący Rady Państwa. Jego portret, przepasany kirem, zawisł na balkonie. Z portretu patrzył na nas szczupły mężczyzna w okularach. Posłuchaliśmy, podrapaliśmy się po głowach – zjawisko wszawicy wówczas jeszcze występowało – i wróciliśmy do swoich zajęć.

To znaczy do szukania kaczego mydła w strumieniu, zjadania zajęczej trawy oraz innych gier i zabaw właściwych cielęcemu wiekowi. Mnie natomiast było smutno – jako urodzonemu fajtłapie zepsuły mi się brzoskwinie, które mamusia przysłała mi z domu w tekturowym pudełku. Wstydziłem się paczkę otwierać przed koleżkami, a może bałem, że mi zeżrą…

Generał powrócił do mnie echem równo w 20 lat później. W roku 1984 z wycieczką górników kopalni noszącej jego imię (później KWK „Paryż” a obecnie to już jej brak) jako redaktor zaangażowanego politycznie biuletynu pojechałem aż do samej Warszawy. Towarzyszył nam ogromny wieniec, uczyniony częściowo z kłosów zboża (pełnia lata wówczas przypadała).

Droga do Warszawy dłużyła nam się niepomiernie, bo przecież jechało się nie Inter City tylko autobusem. Górnicy wzdychali, obgryzali paznokcie, poprawiali sztywne kołnierzyki od galowych mundurów i patrzyli w krajobraz. Panowało głuche milczenie. Na Powązkach akcja była szybka.

Rzuciliśmy wieńcem, krótka ateistyczna modlitwa i z powrotem. Zapamiętałem tylko na grobie przewodniczącego Aleksandra wszędobylskie …myszy, które były zainteresowane w/w ziarenkami w wieńcu. Ale przecież król Popiel w Alei Zasłużonych nie był pochowany…

Z powrotem za to było wesoło. Górnicy zrzucili góry od mundurów, kasę też zrzucili na płyny wzmacniające. Trzeba przypomnieć urodzonym po stanie wojennym, że wówczas obowiązywały kartki na gorzałę. Wódkę kupiliśmy więc w knajpie w miejscowości Babsk (bardzo krótka miejscowość i drogówka tam często teraz stoi). No i zaczęły się śpiewy, toasty, wrzaski, śmiechy. Droga powrotna zleciała bardzo szybko, a brudzia zdążyłem wypić z połową autobusu, bo na środku padłem…

Trzeci raz generał wrócił do mnie na wsi w Dobieszowicach (pomiędzy Piekarami i Będzinem), gdzie teraz dowiedziałem się, że ufundował szkołę w czasach, kiedy był wojewodą śląsko – dąbrowskim. I komu to przeszkadzało.

DWA PUDEŁKA

Od świętego Piotra dostałem w niebieskiej bramie dwa pudełka. Jedno było czarne, drugie czerwone. To pierwsze trochę większe. Nawet się zdziwiłem, że nie ma tłoku. Na drodze wysypanej białym żwirkiem przed bramą i na drodze za bramą było pusto.

- Drogi przybyszu, za to w piekle zapałki nie wetkniesz. Odkąd IPN1/ dokonuje kwalifikacji tak to leci.

Święty Piotr był młody a brodę miał doklejaną. Zupełnie jak w markecie. Potem się dowiedziałem, że wieczna młodość jest skutkiem ciągłej konsumpcji ambrozji. Za to średnio co sto lat muszą przeszczepiać nową wątrobę.

Kiedy już przydzielono mi pokój w akademiku… No tak, muszę wyjaśnić, że budynek do którego trafiłem przypominał mi tonący w zieleni parku dom studencki z czasów młodości. Bo w niebie każdy trafia tam gdzie w życiu mu było dobrze a jego dusza, chociaż czasem wzlatywała…

Siadłem na wąskim tapczanie i otworzyłem czarne pudełko.

Były w nim WSZYSTKIE DRUGIE SKARPETKI jakie w życiu tam na dole zgubiłem. Wreszcie się dowiedziałem, o co tu biega. Nigdy ich się nie mogłem doszukać. Drugie pudełko zawierało kasety. Włączyłem DVD – to były WSZYSTKIE ZERWANE FILMY z moim udziałem.

Nagle rozległo się pukanie – przyszła ruda Gosia ze Świętego Miasta. Ta co była dla mnie i dla innych zawsze PÓŁ – DZIEWICĄ.

- To co, zsuniemy tapczany ? – zapytała retorycznie. Zsunęliśmy, tak jak wtedy przed laty. Żeby było więcej dla zastosowania praktycznego miłości oczywiście bliźniego swego.

- A kochasz mnie? – zapytała nad ranem.

Pewnie, że ją kochałem. I JĄ i to CAŁE NIEBO.

1/ Skrót tej organizacji brzmi I PEWNIE (TY TEŻ) NADAWAŁEŚ

CO WOLNO W BERLINIE…

Głupia sprawa – 4 lata temu w Berlinie wszedłem na wystawę słynnej MOMY (Museum of Modern Art z Nowego Yorku) za pomocą polskiej legitymacji prasy lokalnej. Wszedłem za darmo wejściem dla VIP-ów, z pominięciem dwukilometrowej kolejki i jeszcze się miło do mnie odnoszono.

Na tą samą legitymację wszedłem – na podobnych zasadach – do Luwru w Paryżu, do Rijskmuseum w Amsterdamie, do Hofburga w Wiedniu, do twierdzy Koenigstein pod Dreznem, ale nie wszedłem do Muzeum Reja w Nagłowicach. „Co mi tam prasa, wójt zakazał, a zresztą idź do gminnej rady. Ona tak zadecydowała” – powiedziała pani kasjerka i własną bujną piersią zastawiła mi wejście. Bilet wstępu kosztował 2 zł.

Nijak się to ma to do „eurowych” cen w zagranicznych muzeach, ale zasada zasadą – nie wszedłem. Podobnie było ostatnio z wstępem na zamek w Ogrodzieńcu (zawiaduje nim agencja o tej samej nazwie). Za parking kazał mi płacić również młodzieniec rządzący przed pałacem Donnensmarcków w Świerklańcu: „Panie, tu nawet policja płaci” – chwalił się władzą w/w młodzieniec.

Najlepiej jakby człowiek nigdzie z Polski się nie ruszał to by nie marudził. Za granicą człowiek z legitymacją jest świętością. Skoro ją pokazuje to jest osobą publiczną, facetem, który napisze i sfotografuje, zrobi promocję danemu miejscu. Jest to oczywiste dla tamtejszych służb wpuszczających. U nas nie. Ciekawe czy Mikołaja Reja by wpuścili do jego muzeum w Nagłowicach. Też by go pewnie skasowali.

LĄDOWANIE W AMERYCE

Europę mamy w zasięgu auta. Jak tylko mamy chwilę, nieco kasy i nowy dowód możemy ruszać. Co innego AMERYKA. Po drodze jest ocean, no i wizy dalej obowiązują.

Zaraz po wylądowaniu na lotnisku O`Hara w Chicago znalazłem się więc w tłumie, który wysiadł z różnych samolotów (na tym lotnisku bowiem startuje, bądź ląduje samolot co pół minuty!).

Każdy z walizką na kółkach, albo i ręczną zasuwał najpierw przez hektary szarej wykładziny. Strasznie długo to trwało. Nieco szyderczo odbierałem reklamy witające w mieście Michaela Jordana – a jak tak odeślą z powrotem nad Wisłę i Rawę?! Wreszcie zaczyna się ustawianie w kolejce do stanowisk Immigration Office. Dokonują tego funkcjonariusze w czarnych mundurach, głównie kobiety, posiłkujące się zamiast pałkami ogromnymi latarkami. Kolejka jest liczna i prowadzi labiryntem pomiędzy rozpiętymi na słupkach taśmami. Stoją żółci, czarni i biali. Potulni jak baranki. A wszystko po to, aby wejść pod opiekuńcze skrzydła Wuja Sama.

CHICAGO

- Panie a jak będzie po angielsku BRAT? – pyta bezradnie starsza pani. Trzyma w ręce kartkę z adresem. Tłumaczę jej jak umiem. Moje usiłowania nie uchodzą uwagi urzędników. Wołają mnie do tłumaczenia do jednego z kilkunastu stanowisk. Tam kolejna starsza pani (widać również wezwana przez rodzinę do opieki nad wnukami) ani me, ani be po angielsku. Pytania tymczasem są proste – do kogo jedziemy, po co i jak długo zamierzamy zostać? Trzeba mieć wyjątkowego pecha, aby podpaść. Tak jak pewien rodak, który wiózł walizkę pełną wiertarek i miał jedynie sto dolców przy duszy. Za nic w świecie nie chcieli mu uwierzyć, że jedzie obejrzeć Niagarę, bo to „marzenie jego życia”. Pamiętajmy o tym, że wizy nasze są turystyczne i dlatego Amerykanie tak zachowawczo podchodzą do ich zniesienia.

Prawem felietonisty jednak zapytam się ich retorycznie – KTO ICH PYTAŁ po co przypływają kiedy zawitali kilkaset lat temu nieproszeni do Nowego Świata i w dodatku niezbyt miło potraktowali dotychczasowych czerwonoskórych gospodarzy… Na lotnisku w Chicago największe problemy miałem jednak nie z Immigration Office tylko z …kiełbasą. Konkretnie to suchą krakowską. Po prostu miałem na prezent dla rodziny kilogram takowej. Co prawda na pokładzie samolotu ostrzegano mnie, żeby żadnej żywności nie wozić, ale ja jako Polak zatwardziały myślałem, że się uda. Diabła tam, bagaż prześwietlili i kiełbasę odebrał facet w białych rękawiczkach. Mnie kiełbasę, a następnej pani śliwki. Amerykanie jak diabeł święconej wody boją się epidemii kulinarnej ze Starego Kontynentu.

Z tej kiełbasy nie ma co się śmiać, bo mogłem dostać mandat – tysiąc dolarów.

Pal już sześć co tam robiłem przez dwa tygodnie (więcej na stronie www.zewpress.webpark.pl) za to jak wyjeżdżamy nie zapomnijmy o zameldowaniu się …automatowi. Nie ma żadnej nagonki, nie ma urzędników imigracyjnych w czarnych mundurach. Jest za to patent do którego mamy włożyć paszport (skanowanie), włożyć kciuk oraz dać sobie zrobić zdjęcie. Inaczej nie odnotują, że wyjechaliśmy. Czyli przekroczyliśmy czas pobytu – ja miałem go określony przy wjeździe na pół roku. Na drugi raz mamy przerąbane i nas nie wpuszczą. W Ameryce trzeba więc być czujny, nie tylko w „afroamerykańskiej dzielnicy”…

PS. Jeszcze cytat z mojej książki „Ameryka jest dla byka”. „Zapewniam więc – dolary nie rosną w Stanach na drzewach, Pamela Anderson, albo jej siostra bliźniaczka nie pływa w basenie na nasze powitanie, a na skrzyżowaniach z każdej strony jest STOP. Nie wierzycie to się przekonajcie. Jeżeli tylko jesteście bykami, bo ja Wagą…”

WŚCIEKŁE ANIOŁY

Gorąc; ruszymy za chwilę w Polskę swymi dwuśladami. Tę poetycką przestrogę dedykuję M. Matlakowi „Misyjność pogiętej blachy”…

BLUES KIEROWCY

W blaszanych trumnach wściekłe anioły

Kto nas dogoni? Już tylko śmierć

W blaszanych trumnach ciągle gotowi

Wziąć z prawej, z lewej, ten drugi śmieć.

A kiedy korku trauma opadnie

To zatankować najwyższy czas

Adrenalina zamiast benzyny

Bo tylko to rajcuje nas.

POD GÓRKĘ

W oparach spalin ciągle brodzimy

Ożywczy nektar, noga na gaz

Może TIR-ówkę dziś zaliczymy

Będzie kochanie, choć tylko raz

Już strażak drzwiczki z chrzęstem rozcina

Cieknie po ostrzu spieniona krew

Tu w tej konserwie cała rodzina

Na lewym zakręcie umilkł jej śpiew…

W blaszanych trumnach wściekłe anioły

Kto nas dogoni? Już tylko śmierć

W blaszanych trumnach ciągle gotowi

Wziąć z prawej, z lewej, ten drugi śmieć.

Z.A. Wieczorek, 22 grudnia 2003 r.

Zaraz potem jak po Rondo wpadł dźwig

I korki były jeszcze większe

PARYSKIE ABC

Być cztery razy w Paryżu to dużo i mało. Nie chodziłem jednak z przewodnikiem w dłoni tylko tam gdzie mi dusza grała. Oto krótki zapis tego co przeżyłem (po ocenzurowaniu).

Abelard – to nie pierwszy korepetytor, który dobrał się do nadobnej uczennicy (niejakiej Heloizy). Niestety, był osobą duchowną i w dodatku trafił na mrok tolerancji typowy dla średniowiecza. Dlatego nerwowy stryj podopiecznej kazał mu obciąć to i owo, a że potem żałował to już inna sprawa. Niedawno grobowiec Abelarda i Heloizy remontowano (cmentarz Pere Lachaise).

Biblioteka na Wyspie Św. Ludwika – przeważnie polska. 200 tysięcy woluminów. Połączona z muzeum Chopina, Mickiewicza i Biegańskiego (rzeźbiarza, który zrobił tam karierę taką jak w noweli „Antek”). Mam nadzieję, że biblioteka jeszcze istnieje – w odróżnieniu od pobliskiego hotelu Lambert.

Buloński Lasek – panie też są zaczepiane. Przez męskie „putain” – jak emancypacja to emancypacja.

PARYŻ

Concorde Place – tamże z tyłu polski kościół. Głównie w niedzielę giełda pośrednictwa pracy.

Giedroyć Jerzy – miałem okazję z nim rozmawiać telefonicznie tuż przed jego śmiercią. Nie udało mi się jednak umówić. Zofia Hertzowa broniła go jak lwica.

Kasztany – na „Pigalaku” stwierdziłem tylko akację.

Lewandowski Roman – koleś z katowickich studiów. Zgłębiał nauki 12 lat i nie skończył. W Paryżu szefuje Związkowi Zawodowemu Statystów Filmowych – grał m.in. w Oberixach i Asterixach.

Lider Price – dzięki niemu przeżyłem, bo ceny prawie jak w domu, chociaż już w euro.

Metro – jeździ co 2 minuty, chociaż ma ponad sto lat.

Minitel – francuski Internet.

Morrison – oto skutki ekshibicjonizmu: lider Doorsów uciekł z Ameryki przed sądem, który go miał skazać za obnażanie się podczas koncertu na Florydzie. Nad Sekwaną chodził przez pół roku wiersze pisał i ćpał. Teraz całe tłumy uczesanych podobnie na afro oraz dziewcząt w kolorowych pończochach lata po cmentarzu Pere Lachaise i szuka jego grobu. Informuję – od głównej bramy w prawo skos. Po przejściu ok. kilometra mamy pomnika Perrier (facet nazywa się tak jak woda mineralna) i to już zaraz obok. Muzyka pilnuje policja, chociaż podobno on tam nie jest pochowany, bo by się w tym małym grobie nie zmieścił.

Nalepa Tadeusz – tak bardzo dobrze go się słuchało w wynajmowanym poprzez Interhome mieszkaniu, aż przyszedł jeden Polak z sąsiedztwa i poprosił aby trochę przyciszyć, bo on pracuje w nocy to w dzień śpi.

Norwid – nasz spóźniony wieszcz nie trafił na odpowiedniego menedżera. Do tej pory w przytułku Św. Kazimierza, prowadzonym przez Siostry Szarytki są staruszki Polki. Siostra Leonarda odmówiła mi jednak pokazania skrzyni z resztkami dzieł Cypriana Kamila.

Ogrodnik – tak ksywę ma Polak, który gra pod Notre Dame, ale fałszuje. Jednak rodak wsparliśmy (patrz i słuchaj filmik)

Pigalle – patron tego placu był starodawnym rzeźbiarzem; te zawodowe panienki a nie na pokaz stoją przy rue St. Denise (koło centrum Pompidou).

Polska, Polska – „Polska, Polska, d..a, d..a” – zapis dialogu z arabskim sklepikarzem w XVII dzielnicy. Potem były jeszcze gorsze cytaty.

Szampan – ludzie wychodzi po 20 euro, albo jeszcze gorzej. Wino musujące (gazeuse) 10 razy tańsze, tylko wątroba boli.

Sekwana – płynie.

Sorbona – gościłem w Instytucie Nauk Politycznych przy bulwarze Św. Michała (gratisowe WC).

Szesnasta dzielnica – za bogata.

Wieża Eiffle`a – obiekt podniety dla polskiego złomiarza. Na szczycie woskowy Edison. Jak się bardzo dobrze wychylić to widać nawet Tatry.