WESOŁYCH (?) ŚWIĄT (!)

WESOŁYCH (?) ŚWIĄT (!)

 

Flagi? Niedobre!

A miny jeszcze gorsze

Łza się kręci

w kąciku lalki

na gruzach Aleppo

 

Wiejska krzykiem brukowana

Nienawiści stukają kopytka…

Raczej zrobię z telewizora akwarium

  • dla fląder?!

 

PANIE B.

  • wróciliśmy do Początku -

a więc czemu jeszcze nie grzmisz?

A może właśnie na to zasłużyliśmy!

Amen

odwr morda

ZEW, Dob., 18 grudnia 2016 rok

 

Dnia 4 czerwca, roku pamiętnego

Srebrne wesele polskiej transformacji, 4 czerwca 1989 roku. Byłem wtedy w pewnej chorzowskiej redakcji. Wybory sejmowe – szok, jak to można głosować jak się chce? Prasa, nadal w 90 procentach reżimowa, też się uczyła.
Na moim terenie sam I sekretarz KW, niejaki Manfred G., starł się z pielęgniarką Anną K. – „Solidarność”. On na spotkaniach mówił o tym, że tu dymią „kafloki” (piece domowe) i że trzeba coś z tym zrobić. Co miał mówić więcej? Na WUML-u tego nie uczyli. Ona mówiła niewyraźnie, za to pokazywała znak V.
Manfred dostał do zera, on 4 tysiące głosów; siostra Anna 144 tysiące. Wtedy nawet kartofel z napisem „Solidarność” miał szansę. Już w 4 lata później elektorat znowu wybrał lewicę. I tak się to kręci. Politycy są do bani, czy ludzie nie wiedzą, czego chcą.
Ja w każdym bądź razie nigdy nie zrozumie, czemu komuna w wymiarze RWPG po dobroci władzę oddała? Na ile Gorbaczow, wspólnie z Watykanem, osiągnęli porozumienie w tej sprawie i czy macki sięgały do Białego Domu? Władza jest to coś, co jest jak noga listonosza dla buldoga. Jak się weżre to nie popuści.
Chichotem historii jest także to, że skutki przemian po 1989 roku objęły głównie tych, którzy tę rewolucję spowodowali: górników, hutników i stoczniowców. To tak jakby podpisali na siebie zgodę na eutanazję. No cóż, ludzkość uczy się na własnych błędach, tylko, że jednego życia za mało.

Pierdel, serdel, burdel

Złotouste popisy z mównicy przy Wiejskiej, premier nurkujący pod ławkę bo już nie może tego słuchać, demonstracja przed, demokracja w paroksyzmach, a rewolta społeczna na horyzoncie. Wszystko już było. Przypomnę może parę myśli Ojca Polski Odrodzonej Marszałka Józefa Piłsudskiego… MYŚLTA CO CHCETA.

Choć nieraz mówię o durnej Polsce, wymyślam na Polskę i Polaków, to przecież tylko Polsce służę.

Ja tego, proszę pana, nie nazywam Konstytucją, ja to nazywam konstytutą. I wymyśliłem to słowo, bo ono najbliższe jest do prostituty. Pierdel, serdel, burdel.

Jednym z przekleństw naszego życia, jednym z przekleństw naszego budownictwa państwowego jest to, żeśmy się podzielili na kilka rodzajów Polaków, że mówimy jednym polskim językiem, a inaczej nawet słowa polskie rozumiemy, żeśmy wychowali wśród siebie Polaków różnych gatunków, Polaków z trudnością się porozumiewających.

Myślałem już nieraz, że umierając przeklnę Polskę. Dziś wiem, że tego nie zrobię. Lecz gdy po śmierci stanę przed Bogiem, będę go prosił, aby nie przysyłał Polsce wielkich ludzi.

Naród wspaniały, tylko ludzie kur*y. (Według innej wersji ch…je).

Polacy okazali się kamieniem pleśnią pokrytym, a nie ładunkiem dynamitu.

Polska to jeden wielki kołtun, trzeba przedtem dobrze grzebieniem ten kołtun rozczesać, aby każdy włos był z osobna, a wtedy może da się kosę zapleść

Publiczne szmaty (o posłach)

Rzeczpospolita to wielki burdel, konstytucja to prostytutka, a posłowie to kurwy!

Sejm korupcji i ladacznic.

Wam kury szczać prowadzić, a nie politykę robić!

Wytworzyłem całe mnóstwo pięknych słówek i określeń, które po mojej śmierci zostaną, a które naród polski stawiają w rzędzie idiotów.

SYFILIS, CZYLI PROFANACJA

Nadal żywe są pomysły na usunięcie Czesława Miłosza z krakowskiej Skałki…

Chcieli, a może nadal chcą wykopać – dosłownie i w przenośni – Czesława Miłosza ze Skałki w Krakowie. Stał za tym „społeczno – patriotyczny komitet” związany z Radiem Maryja. Komitetowi przypomniało się, że noblista był „kosmopolitą” i wyciągał swoje korzenie litewskie przy każdej okazji.

Nie był po prostu Prawdziwym Polakiem. Przypominam o tym w Dniu Zadusznym, bo to takie nasze piekło. W filmie z roku 2008 emitowanym właśnie przez TVP Kultura zwolennik tegoż komitetu wyżej ceni jako twórcę i patriotę Wyspiańskiego, chociaż on „syfilityk” był. Daleko sięgać – Mickiewicz (też polski Litwin ?!) miał sam zawirowania na własnym pogrzebie. Pobili się na nim weterani powstań różnych.

Sam mistrz Adam też nie był wolny od niskich uczuć w chwilach zetknięcia z OSTATECZNOŚCIĄ – nie pojawił się na pogrzebie Słowackiego. Powód? Obaj wieszczowie nienawidzili się we współzawodnictwie o rząd dusz. Czesław Miłosz miał pecha – w krypcie Skałki został pochowany z numerem 13. Jak widać nie przyniósł mu szczęścia.

PS. Pierwszy raz o Miłoszu Polacy dowiedzieli się w roku 1981, roku kolejek i rodzącej się „Solidarności”. Stałem wtedy w trzygodzinnym ogonku na wodzisławskim rynku, której celem było kartkowe pół litra. Nagle facet przede mną odwraca się i demonstrując mi swą buraczano – czerwoną twarz pachnącą szynkiem pyta ochrypłym głosem: „Panie, a pan gazetę czytasz to pewnie pan wiesz, co to za jeden ten MIKOSZ i co to on tam właściwie dostał?” Mam wrażenie, że tacy jak ten konsument „strażackiej z kartką” wchodzą w skład w/w komitetu.

W tej sytuacji retorycznie zapytam – a gdzież się podziało „I odpuść Mu Jego winy”…

NIEDZIELA, CZAS NA TACĘ

Co łaska… Wierni coraz mniej liczni i coraz biedniejsi…

Kryzys dotknął także kościół ten polski – rzymsko katolicki. Kościelny jednej ze śląskich parafii wyznał mi, że w koszu (czyli tacy) na którą zbiera datki lądują coraz częściej miedziaki z PRL-u.

Nie każdy ma się tak dobrze jak proboszcz parafii w granicznym Zwardoniu. Tutaj coraz częściej przychodzą na niedzielne msze Słowacy i SYPIĄ NA TACĘ, EURO!

Oj, niejeden z naszych proboszczów chciałby się tutaj przenieść z głębi kraju! W tygodniu przecież do kościoła chodzą najczęściej emeryci ze starego (prawie pustego) portfela. A w niedzielę Bóg musi walczyć o wpływy ze Złotym Cielcem – wierni, masowo i rodzinnie, wybierają markety… To nie tylko walka o rząd dusz, o święty dzień siódmy, ale i o kasiorę…

A jak to wygląda w innych krajach? W Holandii polski ksiądz obsługiwał do niedawna cztery kościoły – trzy były wynajmowane; tylko jeden (w Rotterdamie) stanowił własność parafii. Zupełnie jak ze mną – za nic w świecie nie umiem wyżyć z jednej redakcji…

Tłumnie za to było w Bazylice Św. Jacka w Chicago – tak na oko podczas niedzielnej mszy było tam 2500 wiernych. Msze odprawiano dwie. Tak, tylko, że tamże kościół stosuje bardzo prostą metodę – datki zbiera się do przetaka – sita z dużymi dziurami. Bilon przeleci, zostaje jedynie pieniądz papierowy. One dimem (10 centów) się więc nie opędzisz…

Czy to tylko kryzys kasy, czy też wiary w wartości jakiekolwiek, czy też po prostu zmęczenie społeczeństwa nie wierzącego już w nic?!

ROMAN DIESEL

Schyłek PRL; żeby zobaczyć kawałek egzotyki trzeba było handlować.

Rumunia, rok przed upadkiem Ceausescu. Czyli 1988. Najważniejszy etap dżinsowego szlaku przemytników zaczynającego się w Katowicach a kończącego w Stambule. Przemytników? Wtedy każdy Polak, który chciał gdzieś wyjechać musiał handlować.

Przenieśmy się więc w schyłkowy PRL. Przygotowania do wycieczki załogi Teatru Śląskiego w Katowicach w której brałem udział zaczęły się już na wiele miesięcy przedtem. No, bo przecież ile to trzeba zabiegów, aby kupić np.:

- sto kartonów papierosów albańskich 475 (po rumuńsku PATRUL SZAPTE CINCZ)

- zdobyć 50 recept na Biseptol

- nabyć 200 opakowań kawy Inki.

O turystycznych butlach gazowych i innych gadżetach nie wspomnę. A po co niby cały ten towar? Idea tej operacji była taka, że sprzedawało się go w Kraju Daków, nabywało dolary za które w Turcji kupowało się dżins, kożuchy, rajstopy motylki etc. I to przywoziło z powrotem do Polski w celach handlowych. Przebicie było kilkukrotne. Tylko, że po drodze były granice demoludów…

Mieliśmy komfort – podróżowaliśmy wagonem marki WARS; jedynie do naszej dyspozycji. Zawiadujący nim konduktor Grześ z Wrocławia pokazał mi w zaufaniu parę sztuczek – dolary chował w rozkręcanych drzwiach a tysiące (!) kartonów papierosów w ścianach pociągu. Kiedy przekroczyliśmy naszą granicę wszyscy się bardzo dziwili, że polscy celnicy byli tacy mili i tylko salutowali zamiast nas trzepać. Tylko ja i redaktor J. znaliśmy odpowiedź na to pytanie – dzień wcześniej nagrał reportaż z dowódcą nocnej zmiany celników w Cieszynie…

To był marzec. Rumunia przywitała nas nocą i widokiem ośnieżonych górek |Siedmiogrodu. Zapowiadało się niewesoło. Na peronie wzdłuż wagonu stali żołnierze z karabinami i groźnymi minami. Trwały rokowania naszego pilota Wiesława z rumuńskimi dowódcami. Ciągle kursowali, Wiesio i jego śliczna brunetka narzeczona na wartownię i z powrotem. Rumuni podwyższali stawki – trzeba było donosić Marlboro i Jasia Wędrowniczka.

Potem Wiesio się przyznał, że chodziło im o to, coby jeszcze w promocji narzeczoną mu wychędożyć. Nie mógł jej z nimi ani na chwilę zostawić… 4 godziny to trwało. W międzyczasie okazało się, że sołdaty nie mieli nabojów w karabinach a kiedy dostali po papierosie to odstawili broń na bok i się rozgadali. Tamten reżim był papierowy, wszyscy wszystko mieli gdzieś i nikt nikogo sie nie bał.

Potem jeździliśmy po bocznicach a całe miasta i dzielnice latały do nas kupować towar. W Konstancy klienci gwizdnęli rumuńskiemu porucznikowi właśnie kupioną butlę gazową (800 lei, czyli 8 dolarów – w Polsce zarabiałem wtedy 22 zielone na miesiąc). Latał potem dookoła wagonu strzelając z pistoletu…

Pamiętam przemysłowy Braszow, miasto wśród gór. Śmierdziało tam wszystko. Do dzisiaj widzę faceta w baranicy i kożuchu, który na czarnym koniu cwałuje główną ulicą pomiędzy blokami. Jeździły tam ciężarówki, pełne czerwonego czegoś, z napisem brzmiącym jak nazwisko: ROMAN DIESEL… W ich sklepach nie było nic. Wódka była syntetyczna, papierosy chyba też. Dało się pić tylko wino. Kiedyś w sklepie zgromadziło się 600 osób w kolejce. Patrzę za czym stoją a tu ser zbrylony w beczkach…

Zastanawiałem się też – PO CO RUMUNKOM nasz Biseptol?! Używały go podobno w celach antykoncepcyjnych (Słońce Karpat zakazało skrobanek) – do teraz nie wiem DOUSTNIE czy dow…ie… W trzy dni zarobiliśmy w naszej podgrupie przemytniczej po 1000 lei. To była ich średnia płaca. Leżały te zatłuszczone banknoty na naszych kojach wagonowych a my cieszyliśmy się jakbyśmy wygrali w Totka…

Teraz trzeba było to wymienić na dolary. Rumuńskim cinkciarzom się nie ufało – robili przewałki, albo wciskali fałszywki. Stąd też wymianę prowadziło się z Polakami – brali drożej, ale swojego nie oszukali. Pamiętam taka transakcję, która trwała 10 godzin – tyle piliśmy wina z cinkciarzami z konduktorem Grzesiem w knajpie koło Gara di Norde (Dworzec Północny w Bukaareszcie) zanim dowieźliśmy ich do naszego wagonu w celu dokonania wymiany. Dowieźliśmy wynajętą za dwa papierosy marki Kent lokomotywą spalinową…

Reszta wycieczki to była już przyjemność. Bułgaria rekreacja, w Lalei, handlowej części Starego Stambułu, gdzie prawie wszyscy mówili po polsku byliśmy panami… Najbardziej podobał mi się gość, który pił przez 7 dni wycieczki a wytrzeźwiał tylko na 2 godziny w Stambule, żeby odebrać dżins. Potem pił znowu. Niezła metoda na życie, tylko żeby jeszcze wątroba nadążyła… To se już nie vrati…

BĄK W KOŚCIELE NARODOWYM

16 lat temu ten artykuł zdjął mi wydawany przez Wojciecha Fibaka „Dziennik Śląski”. Podpiszę się pod nim i dziś…

To będzie o powstaniu warszawskim, a raczej o polskiej chętce do rozróby za wszelką cenę. Lech Wałęsa, składając kwiaty gdzie trzeba zapowiedział, że za rok jak będzie okrągły jubileusz to zrobi się go dopiero z pompą i udziałem uczestników koalicji antyhitlerowskiej.

A wszystko to po to, aby oddać hołd bohaterom, męczennikom walki o Sprawę. Dlaczego jednak naród nasz do cholery ciągle musiał robić za Mesjasza a zamiast bohaterstwa walki nie mieliśmy do czynienia z bohaterstwem pracy?

Jako, że piknął jubileusz pozostańmy może jednak przy klinicznym przykładzie powstania warszawskiego. Wyjdźmy od tyłu, a właściwie od przodu – o jednym z powodów niejaki Z. Stypułkowski pisał tak: “Była to zarządzona przez Niemców branka stu tysięcy mężczyzn do robót fortyfikacyjnych dla obrony Warszawy przed atakiem Rosjan. Na wyznaczone punkty zborne stawiło się zaledwie 47 Polaków”.

powstancy

NIE POLICZONO PAŁEK

A więc lepiej słodko przelewać krew za Ojczyznę niż wylewać pot kopiąc rowy przeciw czołgowe dla Germana! I tak przecież cała ta impreza z powstaniem była gierką polityczną obliczoną na pokazanie “wąsatemu batiuszce”, że jednak my tu rządzimy! O wybuchu powstania zadecydowała narada w kierownictwie Armii Krajowej, która odbyła się ostatniego dnia lipca 1944 r. “Niech pan zaczyna. Jutro, punktualnie o godz. 17.00 rozpocznie pan operację “Burza” w Warszawie” – powiedział dowódca AK gen. Bór-Komorowski do dowódcy okręgu warszawskiego ps. “Monter”.

Wszystko to pod wpływem jednego, jedynego meldunku tego ostatniego, że na Pradze pojawiły się czołgi z czerwoną gwiazdą. Już zresztą w pół godziny potem dowódca AK zwątpił w swoją decyzję lecz jej nie odwołał.

Teraz cytat z Biblii historiografii tego zagadnienia, czyli książki Jana M. Ciechanowskiego “Powstanie warszawskie”: “Delegat Rządu zadał parę pytań m. in. “Co będzie gdy Rosjanie staną? Pełczyński odpowiedział, że wtedy Niemcy nas wyrżną, ale raczej nikt z nas nie wierzył, aby Rosjanie stanęli, bo było w ich interesie zajęcie Warszawy.”

“Kiedy lud paryski ruszył na Bastylię, nie liczył pałek, z którymi wyruszył” – stwierdził po latach z gorzkim sarkazmem tenże sam gen. Pełczyński. AK miała utrzymać stolicę w swych rękach, co najmniej przez 12. godzin, aby umożliwić władzom politycznym i cywilnym państwa podziemnego rozpoczęcie funkcjonowania w podziemnej Warszawie.

Krwawa jatka (200 tysięcy ofiar) trwała przez 63 dni. Z większości lewobrzeżnej części miasta nie pozostał kamień na kamieniu.

ZROLOWANI W DYWAN

Oddajmy może jeszcze głos Niemcom i Rosjanom. B. szef Sztabu Generalnego Wermahtu Hans Guderian ocenił tę kwestię: “My, Niemcy mieliśmy wrażenie, że nie zamiar Rosjan sabotowania polskiego powstania, lecz nasza obrona zatrzymała rosyjskie natarcie. “Pół-Polak, pół-Rosjanin, późniejszy marszałek K. Rokossowski z kolei stwierdził: “Bór Komorowski i jego otoczenie wystąpili – kak ryżyj w cyrkie – jak klown w cyrku, który pojawia się w nieodpowiednim momencie i zostaje natychmiast zrolowany w dywan.”

Po wojnie, również i po stronie polskiej, nie brakło bardzo krytycznych ocen przyczyn podjęcia tragicznej decyzji o rozpoczęciu walki z Niemca. Najdalej chyba poszedł z nich płk. J. Boszczanin (ps. “Sęk”), który uznał, że wojskowe wiadomości i przygotowanie dowódcy AK Bora-Komorowskiego “ograniczały się do umiejętności dowodzenia pułkiem kawalerii i wyżej nie sięgały.”

WIĘCEJ ROMANTYZMU NIŻ POZYTYWIZMU

Zdaję sobie sprawę, że mój głos w tej patriotycznej sprawie zabrzmi – za przeproszeniem – niczym puszczenie bąka w kościele narodowym w najbardziej podniosłym momencie mszy świętej. No, bo wiadomo – krew bohaterów, heroizm, no i w ogóle czytanka do którejś klasy szkoły podstawowej. Nasze dzieje jednak uczą tego, że na kolejnych zrywach wychodziliśmy coraz gorzej. Weźmy XIX wiek i stosunek do nas Rosji carskiej – dwa powstania a po każdym było coraz gorzej. Mniej autonomii i swobód a o ofiarach nie wspomnę.

To samo z II Wojną Światową. Chociażby bracia Czesi – i co z tego, że w Monachium podeptano ich godność osobistą?! Siedzieli sobie w czasie wojny spokojnie i, poza jednym incydentem w Lidicach, włos im z czeskiej głowy nie spadł.

A piwa i knedli im nie zabrakło. Filozofia wojaka Szwejka zatriumfowała. Sto lat temu bardzo aktualna była dyskusja – co ma większy sens – kamikadzowska postawa romantyków, czy też praca u podstaw i bogacenie się jednostki w ramach pozytywizmu?

Póki, co zwyciężał w naszych dziejach romantyzm. A przecież nawet kamikadze zmądrzeli, założyli zarękawki i wzięli się za biznes. I ja mam nadzieję, że wreszcie wychodzimy z tej naszej polskiej Samosierry na zawsze.

(Odrzucone przez szefostwo w “Dzienniku Śląskim” w 1993 r. czyi przez rednacza Krzysztofa T., który teraz wojewódzkim urzędnikiem został. Zaczynał od korektora a potem jak mu się ktoś przeciwstawiał to w ryj potrafił załadować. Aż się krew z piwem mieszała).

LINKA DO PIEŚNI POWSTAŃCZEJ

„PAŁACYK MICHLA”



OD KOMAROBÓJSTWA DO MORDOBICIA

Komary (Culicidae) – występująca na całym świecie rodzina owadów (nadrodzina Culicoidea) z rzędu muchówek. Znanych jest ponad 40 rodzajów i 3,5 tys. gatunków komarów.

I co mnie z tej wiedzy o komarach? Bąbli od tego nie ubywa; a że gryzą podobno samice też mnie taka owadzia zoofilia nie rajcuje. To nie pierwsze tropikalne lato pełne agresji tych owadów. Na progu XXI wieku popadłem w bezrobocie. Aby całkiem nie zwariować na skraju katowickiego parku w małym amfiteatrze – tuż przy knajpce w której czasem kogoś zastrzelili – prowadziłem festyn typu „piwo i muzyka”.

komar

I nagle przed godziną 21.00 ludziska zaczynają masowo uciekać. Sponsorzy sarkają, kapela też chce się zwijać; bo z ciemniejącego nieba atakują setki komarzyc – kamikadze. MUSIAŁEM COŚ WYMYŚLIĆ.

Porozumiałem się z bufetową i oto wynikł konkurs – KTO ZABIJE WIĘCEJ KOMARÓW wygra trzy piwa!!! Kilkunastu facetów nie zważając na nic zaczęło zbiorowe komarobójstwo browarem uzasadnione. Zwłoki składali na czystych karteczkach, które rozdałem. Pięknie sączyły się z estrady dźwięki kapeli naśladującej modne wtedy „Ich Troje”. Po pół godzinie z triumfalnym wrzaskiem wystartował niosąc ostrożnie kartkę – cmentarz w kierunku estrady wąsaty gość:

- Mam 147! Nikt mnie nie pobije!

Niestety, nie doszedł – ten, który miał o 10 mniej podstawił mu nogę. Zamieszanie zrobiło się niezłe. Obaj trzymając się za koszulki poturlali się w krzaki, gdzie doszło do mordobicia. Krwi sobie utoczyli i w ten sposób było jej mniej dla komarzyc…

PS.

Linka do pieśni na temat roli czwartej władzy w walce z brzęczącym niebezpieczeństwem wygląda tak:

www.youtube.com/watch?v=cmYy7REexxw

NA SREBRNYM GLOBIE

Jak to było naprawdę z załogą Apolla? O tym w poniższej historii; miano to opublikować 50 lat po fakcie, ale dla naszych Czytelników udało sie wykraść tę kartkę 10 lat wcześniej z archiwum NASA. Sprzątaczka Nelly Dżdżownica – Brzyzek wyniosła ją w niewymownym miejscu swojego polskiego ciała. Leciało to mniej więcej tak…

Lądownik zbliżał się powoli do powierzchni Księżyca. Wzniecał przy tym chmurę miejscowego kurzu. Trzech chłopców w skafandrach patrzyło na siebie wilkiem. Który da ten pierwszy krok? Zawsze tak było w sporcie i w polityce, że liczy się tylko ten, który zaczął…
- Boys, nie ma co – zaproponował Neil – zagramy w marynarza. Mało kto wiedział, że bardzo dobrze umiał w tę zabawę oszukiwać jeszcze w szkole. Szybko umiał przewidzieć ile oczek brakuje do niego i zaczynał odliczanie od odpowiedniego człowieka. Wyciągnęli paluchy i wkrótce było po sprawie.
- No dobra złaź, w końcu będziemy w pierwszej trójce – zgrzytnęli zębami, bo wtedy jeszcze je mieli Buzz i Michael.
Już wkrótce podskakiwali sobie na 6 metrów w górę i śmiali się jak dzieci. – Uwaga, oszczędzajcie tlen! – przywoływał ich do rzeczywistości głos dyspozytora z Houston.
Nagle otworzył się właz w powierzchni i wylazł z niego jakiś facet kichając i otrzepując się z kurzu.
- Kogo tu diabli niosą? – zaczął dziwacznie ubrany w coś jakby sukienkę facet i zaczął podkręcać sumiaste wąsiska – Tylko mi zaraz gadać, bo szabelkę wypłazuję!
To mówiąc Pan Twardowski – gdyż on to był wyciągnął ostrze karabeli z pochwy. Amerykanie stanęłi hak wryci.
- Co to za jeden? – zapytał Neil.
- I czemu bez skafandra? – wtórował mu Buzz.
- Ja już wiem to jest POLAK – doszedł do siebie po tym szoku Michael, którego babka pochodziła z Chrzanowa.
- A Polak, Polak; przecież nie Chińczyk. Tych pogoniłem w zeszłym roku. Nie lubię takich co mi psa zjadają. Zachodźcie do środka; jak wy prawie rodacy…
Pod powierzchnią Księżyca znajdował się bunkier. Prawie całość pomieszczenia zajmowała dziwna aparatura pełna bulgoczących rurek.
- No zdejmcie wreszcie te banie ze łbów – zachęcił ich gospodarz – Tu się da bez tego wytrzymać. Siadajcie, czym chata bogata. Napijcie się mojego „kompociku”, co go ze skałek robię. Inaczej bym tyle nie wytrzymał.
Pan Twardowski natoczył z aparatury każdemu po solidnej szklanicy i śmiał się widząc jak łzy płynęły przybyszom z oczu po konsumpcji.
- What is this?
- Księżycówa! 92 stopnie, na Wawelu to też serwowowałem!
W kącie rozległo się potężne chrapanie.
- A co to za jeden? – zapytał Michael, któremu przypomniało się trochę języka przodków.
- To JURA GAGARIN. Przyleciał tu parę lat temu. Nie chciał za nic wracać do czerwonych; tam na dole podstawili jego sobowtóra…
Nagle już z daleka dało sie słyszeć wrzaski:
- A huncwocie, a ty owaki! Z kim się tu zadajesz? Kartofle obrane? Rosół z koguta gotowy?
- Kto to ? – zastygli ze szklanicami kosmonauci.
- Jak to KTO? Pani Twardowska wraca od fryzjera? Da nam teraz popalić. Chłopaki chodu – tu jest drugi właz!
XXX
Oto cała prawda o lądowanie na Srebrnym Globie. Mieliśmy i my, okazuje się, w tym nasz skromny udział.