TV TO POTĘGA ?

30 lat jestem gryzipiórkiem prasowym, jednak to wszystko pestka przy wszechwładnej TV. Tylko ona działa na masy jak Pamela Anderson na żeglarza po półrocznym rejsie.

Mogę sobie walić te dzieła, nawet najbardziej wyrafinowane intelektualnie, jednak wysiadam przy trzeciorzędnym prezenterze pogody ubranym w pożyczony garnitur i skaczącym jak małpa. To na jego widok w markecie popuszczają panie przy kasie, to on jest znany i uznany, to on, BO ON Z TELEWIZJI! Kiedyś mnie kamera ujęła przez 3 sekundy jako faceta piszącego długopisem po kartce – a byłem tylko tłem dla jakiegoś wojewody, czy innego ministra. Od razu stałem się Ważną Figurą na moim osiedlu. Przyszła nawet cała delegacja mieszkańców w celu przyspieszenia budowy szkoły. Oczywiście żaden z jej członków nie przeczytał ani jednej mojej ksiązki, za to WIDZIAŁ MNIE NA SZKLANYM SCREENIE!A miałem i ja kilka incydentów telewizyjnych. Najpoważniejszy miał miejsce pod koniec lat 80-tych kiedy to pod wodzą Eli Piętak (dyrektorowała potem w TVP 3) robiliśmy TELEREGION. Z powodu mojej urody -?! – oraz fryzury przypominałem nieco Wojciecha Reszczyńskiego, gwiazdę ówczesnego hitu czyli „Teleekspresu”. Miałem więc czytać newsy.Skład był przedni – ja, Jurek Zawartka (co nawet w ministry poszedł) oraz Piotrek Baron (Balonik, radiowa „trójka”). Kasa była marna, ale zabawa przednia. Odgrzewaliśmy przeważnie kawałki z prasy lokalnej – a co innego robią wszyscy ci newsmeni teraz w newsrooomach?! Żeby chociaż źródła podawali… 20 lat temu oszczędzano bardzo na taśmie – i tak dostawaliśmy np. 30 sekund limitu na zrobienie reportażu z targowiska… Nic więc dziwnego, że cały pomysł upadł wraz z komuną…A do kogo Wieczorek ty masz pretensje?! Trzeba było w roku 1976 kiedy studiowałeś dziennikarstwo w Katowicach wstać rano na test mikrofonowo – kamerowy to byłbyś w TV. Tak jak Tadzio Mosz, który wtedy wstał. Amen. Idę poszukać pilota, bo trzeba przełączyć te reklamy.

DZIEŃ PISMAKA

Najpierw centrum Katowic. Jak się nic nie dzieje to nic; a w tę środę (22 kwietnia) wszystko naraz. Wyszedłem z domu na wsi przed 9.00. Autobusy długo jeżdżą do cywilizacji.

O godzinie 11.00 w siedzibie radia wręczenie zielonych czeków przez Wojewódzki Fundusz. Jeden taki czek – otrzymują go różni społecznicy ekolodzy – to 7500 zł.

Przydałoby się na naprawę auta.

Na balkonie siadam koło dawno nie widzianej pani prezes Joli. Boże, ta wyprawa z nią na targi poznańskie w połowie lat 90-tych!. 700 km w jeden dzień a jeszcze jej się ubzdurało, żeby zrywać jemioły. To na szczęście, bo urządzała właśnie galerię artystyczną – spodnie potargałem i przekonałem się, że żadna jemioła nie rośnie nisko…

Co dawali w materiałach? Kubek i koszulkę. Może być. Na „koryto” się nie załapałem – dopiero rozkładali prowiant. Rzecznik lotniczy Czarek jednak wycyganił wcześniej jakąś kiełbasę z którą wypadł na dwór. Szybciej, dalej, prędzej!

Teraz biegiem do Urzędu Marszałkowskiego – tam ma być medialne sympozjum. Tylko w której sali?! Zawsze się gubię w tym przedwojennym molochu. Wpadam na jakąś „imprę” – całe grono pije kawę i je ciasteczka. Nie, to konferencja archiwistów.

Pytam panią w biurze obok: „Nie jestem punktem informacyjnym!” stwierdza z oziębłą miną i piłuje dalej paznokcie. Dusił bym takie od razu i siadał z ulgą z krzesło elektryczne. ŚP Duda Gracz o podobnych zadętych osobach mówił BIURWA.

13.00 to Związek Górnośląski. Na 1 maja organizują w skansenie Gody śląskie. Będzie msza, śpiewy, krupniok i piwo. Redaktorów przyszło ze czterech; przeważnie w wieku mojego starszego syna. Rzecznikiem Związku jest Darek Szmidt, którego pamiętam z „Dziennika Śląskiego”. Gazetę założył Wojciech Fibak zanim się przerzucił na obrazy i kinematografię. Związek mieści się w Katowicach w byłej siedzibie bonzów PZPR, którzy urządzali tu zakrapiane imprezy dla aktywu.

Zmiana miasta – idę na dworzec i pociągiem jadę do Świętochłowic, gdzie o 16.00 nadzwyczajna Rada Miasta. Pan prezydent Moś boksuje się z opozycją, która ma nieoczekiwanie większość. Kłócą się o wszystko i niczego nie mogą uchwalić. Tym razem przedmiotem sporu jest zburzenie jednego mostu. Pogadali, pogadali, ale przeszło.

Proszę zaprzyjaźnioną działaczkę o przesłanie mi majlem wyniku ostatniego głosowania i z powrotem na dworzec. W katowickiej dzielnicy Szopienice bawi prezydent miasta Uszok… Kończę przed 20.00. Do domu docieram po 21.00 przez ciemną wielką łąkę na której płoszę Bogu ducha winne bażanty. Musiałem iść na skróty, gdyż następny dobry autobus dopiero za godzinę.

Jutro kolejny dzień pismaka…Tylko kiedy pisać jak walnąłem na łóżko bez sił?!

CO WOLNO W BERLINIE…

Głupia sprawa – 4 lata temu w Berlinie wszedłem na wystawę słynnej MOMY (Museum of Modern Art z Nowego Yorku) za pomocą polskiej legitymacji prasy lokalnej. Wszedłem za darmo wejściem dla VIP-ów, z pominięciem dwukilometrowej kolejki i jeszcze się miło do mnie odnoszono.

Na tą samą legitymację wszedłem – na podobnych zasadach – do Luwru w Paryżu, do Rijskmuseum w Amsterdamie, do Hofburga w Wiedniu, do twierdzy Koenigstein pod Dreznem, ale nie wszedłem do Muzeum Reja w Nagłowicach. „Co mi tam prasa, wójt zakazał, a zresztą idź do gminnej rady. Ona tak zadecydowała” – powiedziała pani kasjerka i własną bujną piersią zastawiła mi wejście. Bilet wstępu kosztował 2 zł.

Nijak się to ma to do „eurowych” cen w zagranicznych muzeach, ale zasada zasadą – nie wszedłem. Podobnie było ostatnio z wstępem na zamek w Ogrodzieńcu (zawiaduje nim agencja o tej samej nazwie). Za parking kazał mi płacić również młodzieniec rządzący przed pałacem Donnensmarcków w Świerklańcu: „Panie, tu nawet policja płaci” – chwalił się władzą w/w młodzieniec.

Najlepiej jakby człowiek nigdzie z Polski się nie ruszał to by nie marudził. Za granicą człowiek z legitymacją jest świętością. Skoro ją pokazuje to jest osobą publiczną, facetem, który napisze i sfotografuje, zrobi promocję danemu miejscu. Jest to oczywiste dla tamtejszych służb wpuszczających. U nas nie. Ciekawe czy Mikołaja Reja by wpuścili do jego muzeum w Nagłowicach. Też by go pewnie skasowali.

O WYŻSZOŚCI PRASY CODZIENNEJ…

W sprawie kryzysu prasy obwieszczonego na tychże łamach przez red. Marcina Mastalerza ja pismak po wielokroć nad upadłymi tytułami przełożony oświadczam, co następuje:

O WYŻSZOŚCI PRASY CODZIENNEJ

NAD KOLORÓWKAMI

Z. A. Wieczorek vel ZEW

PRASA WIDOK CODZIENNY

W sprawie kryzysu prasy obwieszczonego na tychże łamach przez red. Marcina Mastalerza ja pismak po wielokroć nad upadłymi tytułami przełożony oświadczam, co następuje:

- nieprawdą jest, że prasa codzienna bywa bezużyteczna. Od trzech miesięcy podłogę w mej rezydencji na granicy Śląska i Zagłębia mam wyłożoną wydaniami codziennymi a wszystko to z powodu szczeniaka rasy prawie czarny wilczur, który ma pęcherz ciągle jeszcze nie zaprawiony;

- w tym kontekście z ubolewaniem przyjąłem informację z początku roku o podwyżce ceny (plus 30 gr) Gazety Wyborczej. Dużo tego było i pożytecznie można się było z tym organem sprawować po przeczytaniu; bo poza tym, że przerośnięty szczeniak przecieka to jeszcze piec CO w piwnicy ciągle głodny jest;

- w tym kontekście zupełnie się nie sprawdzają (w obu przypadkach tytuły prasy kolorowej) ponieważ: nie wchłaniają, ogień przytykają i zostaje po nich zbyt wiele popiołu.

A TAK JUŻ NA POWAŻNIE – żyję z prasy drukowanej od 30 lat, czyli odkąd dostałem tytuł w Katowicach mgra nauk politycznych w specjalności dziennikarstwo prasowe. Działo się to na tym wydziale na którym naucza (jeszcze?!) słynny dr Marek Migalski. Pisałem do ponad stu gazet (w tym do Wprost, śląskiej Panoramy, Giełdy Samochodowej, Wspólnoty, prasy polonijnej etc.); redagowałem też około 20 tytułów i rzeczywiście źle się dzieje.

Jest taka teoria, że czyta jeszcze stare i średnie pokolenie – to młodsze natomiast śmiga po portalach. Nie do końca prawda, prasa, którą można pomacać, zaszeleścić, zrobić z niej taki czy siaki użytek długo będzie miała rację bytu. Przykład – jechałem metrem w Rotterdamie. Każdy, kto wsiadał do wagonu dostawał do łapy egzemplarz miejscowego „Metra” i czytał. Cały pociąg, ta sama okładka. Budujące? Tyle, że lektury starczało na 7 minut. Potem gazety lądowały w koszu na stacji wysiadkowej. 7 minut to także odpowiednik zawartości intelektualnej tychże gazet.

I taka jest ich rola. Rozdawnictwo gazet gratisowych niewątpliwie reanimuje (także i u nas) w znacznym stopniu czytelnictwo. Na mój gust gazety słabną, bo ludzie nie mają czasu. Na czytanie? Nie tylko. Może i na nabycie gazety. Rano poruszam się po aglomeracji śląskiej (średnio przemierzam 4 miasta). Pomiędzy godziną 7.00 a 8.00 jest bardzo ciężko o gazetę aktualną.

W markecie jeszcze nie wyłożyli, bo odpowiedzialną panienkę rzucili na ogórki, kiosk przy mojej stałej pracy zbankrutował i trzeba zasuwać pół kilometra do następnego czynnego, a z kolportażem pewnego dziennika wojowałem pół roku, żeby mi przynosili gazetę do godziny 7.00, kiedy ją czytam do porannej kawy a nie w południe kiedy się nadaje do wyłożenia podłogi w celu w/w i sięgam po nią dopiero wieczorem. Wtedy już WIEM WSZYSTKO. Raczej już z innych źródeł.

Dostępność – to jedna z przyczyn kryzysu prasy. Dalej, podstawą sukcesu gazety jest to, do jakiej grupy ona trafia. Najlepiej sprawdzają się, więc gazety lokalne – pole widzenia z najbliższej wieży kościelnej wyznacza jej zasięg. Ludzie, bowiem chcą przeczytać kto umarł, kto zgubił pieczątkę, dlaczego drugi raz w tym samym miejscu kopią panowie w pomarańczowych kamizelkach. Prasa niskonakładowa, sól czytelnictwa jednak rzadko potrafi utrzymać się sama – dlatego też finansuje ją miasto, bądź spółdzielnia mieszkaniowa. A tu się już najczęściej kończy niezależność a zaczyna widzimisię prezesa, czy też burmistrza.

Prasa centralna, z kolorówkami włącznie, słabi mnie natomiast tym, że powiela (podobnie jak media elektroniczne) jeden i ten sam temat: np. afera seksualna prezydenta Olsztyna, Edycie Herbuś oderwał się obcas, z którego roku będzie złotówka zażądana przez Dorna od Kaczyńskiego itd. itp Mielą to dotąd, aż puszczam stację arabską w satelicie, bo nawet jak tam o tym mówią to ja tego nie zrozumiem.

To, czemu nie jestem w mediach elektronicznych?! Bo po prostu nie chciało mi się w roku 1977 wstać rano na test mikrofonowo – kamerowy organizowany przez Wydział TV stworzony przez słynnego red. Macieja Szczepańskiego. ŚP. Grażynie Pudełko – Kowalskiej, Tadeuszowi Moszowi, Jurkowi Zawartce się chciało (z nimi, bowiem studiowałem) no to zrobili karierę.

Poszedłem dalej niż myśl redaktor Mastalerza, którego raczej drażni rozkazujący tryb publikacji w niektórych gazetach, ale zgadzam się z tym, że PRASA jednak weszła w czas klimakterium. Czy jeszcze coś urodzi jeden BÓG MEDIÓW wie.