WIZYTA U CHANA I CZARNY PIES

tatarzy

Głęboka mroźna zima. Nic więc dziwnego, że zapadam w sen jak w zaspę. Mam wizję – las, czeka mnie wizyta u chana tatarskiego. Nie widzę go jednak. Wita mnie wojownik ubrany w ichnie barchany. Zapowiada moją wizytę srebrną strzałą wystrzeloną ze srebrnego łuku.

Ja też mam łuk… Już mamy iść, kiedy pojawia się dziecko. Nie jestem pewien jakiej rasy. Wiem tylko, że było już u chana dwa razy. PO CO CHCE IŚĆ ZNOWU? Wojownik się wycofuje – na migi mi pokazuje, że do chana mogą iść tylko dwie osoby.

Jak jak się z tym chanem dogadam? Budzę się. W głowie gwizdy i dzwony – stan zapalny zatok czołowych (sinus frontalis). Pół śpiąc wypuszczam psa przez piwnicę. Ale brama na ruchliwą ulicę jest otwarta! Ktoś był u ciotki zza płota i nie zamknął.

Ale czarny mój skancerowany wilczur nie wybrał wolności, chociaż była tak blisko. Wrócił z podkulonym ogonem. Jak długo można podkulać ogon i uciekać przed wolnością?

WOLNOŚĆ JEST DZIKA I PIĘKNA, ALE MOŻE ZABIĆ.