Małe Ciche, otwarcie

Po raz trzeci na Zlocie Rodzin Abstynenckich – Małe Ciche koło Zakopanego. Kiedy Prezes Gienek otworzył dzisiaj imprezę chmury się rozstąpiły, deszcz ustał i wyjrzało słońce. Ludzi tysiąc z okładem.Mamy tu całą Polskę.

Gwiazda otwarcie zespół Śląsk. Do poniedziałku włącznie będzie się działo. Marsze po górach, dyskoteki, teatry, msze. Super – Majówę jedni spędzają na balkonie przy piwku i grillu a my inaczej. Niech każdy pozostanie przy własnych poglądach.

"Nie płacz Ewka"

OD ZEW-a – Radna Dorota Połedniok, 26 lat, energiczna blondynka z Siemianowic Śl. Zawieszona w prawach członka PO. Wystąpiła w programie Tomasza Sekielskiego krytykując władze krajowe, śląskie PO oraz władze swego miasta.

Oto fragment jej wpisu z Face Booka NIE PŁACZ EWKA. Pozwolę go sobie udostępnić.

Później przyszedł sen – piękny sen…
Mieszkałam na małym schludnym osiedlu, gdzie były proste chodniki, ulice bez dziur, a wokoło rosła bujna zieleń i wcale nie było psich kup.
A sąsiedzi byli mili, uprzejmi i grzeczni. Ja uśmiechałam się do nich, a oni do mnie.
Zewsząd słyszałam magiczne „proszę” i „dziękuję”.
Klatki schodowe były zawsze świeżo pomalowane i bardzo zadbane – było czysto.
Z niektórych mieszkań dobiegał aromat warzonej na obiad strawy.
W każdym mieszkaniu było mydło i chleb (tego nigdy zabraknąć nie może) i wesołe, szczęśliwe i zadbane dzieci.
Jednym słowem pociechy.
Rodzice mieli pracę, a popołudniu bawili się ze mną i z bratem.
Czytali nam bajki. A czasami w nagrodę dawali bombona.
Późnej tata czytał w swoim wygodnym fotelu gazety, a mama śmiejąc się do nas cerowała bratu rozdarte na osiedlowym boisku portki.
W powszednie dni raz tata, raz mama odprowadzali nas zawsze do przedszkola, gdzie witały mnie radośnie uśmiechnięte panie przedszkolanki.
W każdą niedzielę najpierw był kościół – jak to na Śląsku, potem na obiad był rosół z pomarańczową marchewką, makaronem i oczkami tłuszczyku. Rolada z modrą kapustą lub karminadle.
Na deser obowiązkowo kompot, budyń lub agrestowy lekko kwaskowaty kisiel.
Popołudniem obowiązkowa wyprawa do wesołego miasteczka i kolorowa karuzela.
Później wracaliśmy wszyscy szczęśliwi spacerem do domu.
Szkoły były dla dzieci i nauczyciele byli dla dzieci (uczyli i kochali nas jak własne).
Gimnazjów nie było. O nie!!! Gimnazja zlikwidowano już wcześniej.
Kibice Ruchu i Gieksy zasiadali wspólnie przy Coli lub piwie i śpiewając wymieniali się szalikami.
Szanowali się.
I matura była prawdziwa – bez bzdurnych testów i pytań.
Stanowiła egzamin dojrzałości i otwierała perspektywy na przyszłość.
Studia były potrzebne. Uczyły podstaw do dorosłego życia i do zawodu.
Wykładowcy uczyli tylko na jednej uczelni i mogli nam poświecić więcej czasu. Przekazywali swoją wiedzę, doświadczenie i zapał.
A potem była praca. Anglista uczył angielskiego, wuefista – W-Fu, a Cebula – historii.
Może z tą pracą to nie zawsze było tak różowo, nie zawsze taka, o jakiej marzyliśmy, ale była.
I było wojsko – ale nie w Iraku, Czadzie czy Afganistanie. Była służba Polsce, było wychowanie.
Nie było PO, SLD, PSL czy PIS-u. Partii nie było wcale.
Polityków i karierowiczów też nie było wcale.
Byli zwykli porządni ludzie, były autorytety i byli autentyczni przywódcy.
Społecznicy, którzy mieli hopla też byli. Aha był też Owsiak – pamiętam.
Oni mieli wiedzę, doświadczenie, charyzmę i talent. Oni najpierw słuchali i pytali, a dopiero później rządzili.
Oni to potrafili!
W naszych śląskich Siemianowicach zatrzymywał się pociąg (chociaż nie było wtedy Kolei Śląskich), dudnił o szyny tramwaj, dymiła (och jak dymiła!) huta.
Były place zabaw, parki, parkingi i czysta, tania woda…, kopalnia też była.
To było takie normalne, uczciwe ludźmi i po śląsku zadbane miasto.
Były szpitale (obydwa). Lekarze obowiązkowo w czystym, odprasowanym i zawsze białym kitlu. Biały to symbol. Tak jak i krzyż, chociaż czerwony, to też symbol. Kolejek i zapisów nie było, ale NFZ-u też już nie było.
A szok!

Obudziłam się przerażona i spocona. Uszczypnęłam w policzek. To niemożliwe, to nie tutaj!

xxx

Zew- zgadza się, najgorsze jest to przebudzenie. Pozdrawiam

Później przyszedł sen – piękny sen…
Mieszkałam na małym schludnym osiedlu, gdzie były proste chodniki, ulice bez dziur, a wokoło rosła bujna zieleń i wcale nie było psich kup.
A sąsiedzi byli mili, uprzejmi i grzeczni. Ja uśmiechałam się do nich, a oni do mnie.
Zewsząd słyszałam magiczne „proszę” i „dziękuję”.
Klatki schodowe były zawsze świeżo pomalowane i bardzo zadbane – było czysto.
Z niektórych mieszkań dobiegał aromat warzonej na obiad strawy.
W każdym mieszkaniu było mydło i chleb (tego nigdy zabraknąć nie może) i wesołe, szczęśliwe i zadbane dzieci.
Jednym słowem pociechy.
Rodzice mieli pracę, a popołudniu bawili się ze mną i z bratem.
Czytali nam bajki. A czasami w nagrodę dawali bombona.
Późnej tata czytał w swoim wygodnym fotelu gazety, a mama śmiejąc się do nas cerowała bratu rozdarte na osiedlowym boisku portki.
W powszednie dni raz tata, raz mama odprowadzali nas zawsze do przedszkola, gdzie witały mnie radośnie uśmiechnięte panie przedszkolanki.
W każdą niedzielę najpierw był kościół – jak to na Śląsku, potem na obiad był rosół z pomarańczową marchewką, makaronem i oczkami tłuszczyku. Rolada z modrą kapustą lub karminadle.
Na deser obowiązkowo kompot, budyń lub agrestowy lekko kwaskowaty kisiel.
Popołudniem obowiązkowa wyprawa do wesołego miasteczka i kolorowa karuzela.
Później wracaliśmy wszyscy szczęśliwi spacerem do domu.
Szkoły były dla dzieci i nauczyciele byli dla dzieci (uczyli i kochali nas jak własne).
Gimnazjów nie było. O nie!!! Gimnazja zlikwidowano już wcześniej.
Kibice Ruchu i Gieksy zasiadali wspólnie przy Coli lub piwie i śpiewając wymieniali się szalikami.
Szanowali się.
I matura była prawdziwa – bez bzdurnych testów i pytań.
Stanowiła egzamin dojrzałości i otwierała perspektywy na przyszłość.
Studia były potrzebne. Uczyły podstaw do dorosłego życia i do zawodu.
Wykładowcy uczyli tylko na jednej uczelni i mogli nam poświecić więcej czasu. Przekazywali swoją wiedzę, doświadczenie i zapał.
A potem była praca. Anglista uczył angielskiego, wuefista – W-Fu, a Cebula – historii.
Może z tą pracą to nie zawsze było tak różowo, nie zawsze taka, o jakiej marzyliśmy, ale była.
I było wojsko – ale nie w Iraku, Czadzie czy Afganistanie. Była służba Polsce, było wychowanie.
Nie było PO, SLD, PSL czy PISu. Partii nie było wcale.
Polityków i karierowiczów też nie było wcale.
Byli zwykli porządni ludzie, były autorytety i byli autentyczni przywódcy.
Społecznicy, którzy mieli hopla też byli. Acha był też Owsiak – pamiętam.
Oni mieli wiedzę, doświadczenie, charyzmę i talent. Oni najpierw słuchali i pytali, a dopiero później rządzili.
Oni to potrafili!
W naszych śląskich Siemianowicach zatrzymywał się pociąg (chociaż nie było wtedy Kolei Śląskich), dudnił o szyny tramwaj, dymiła (och jak dymiła!) huta.
Były place zabaw, parki, parkingi i czysta, tania woda…, kopalnia też była.
To było takie normalne, uczciwe ludźmi i po śląsku zadbane miasto.
Były szpitale (obydwa). Lekarze obowiązkowo w czystym, odprasowanym i zawsze białym kitlu. Biały to symbol. Tak jak i krzyż, chociaż czerwony, to też symbol. Kolejek i zapisów nie było, ale NFZ-u też już nie było.
A szok!

Obudziłam się przerażona i spocona. Uszczypnęłam w policzek. To niemożliwe, to nie tutaj!

Mój osobisty udział w strajku powszechnym

Wykonuj swoją pracę, jakkolwiek nikczemną by ona nie była”; mówi .m.in kultowa DEZYDERATA. Jest to zadanie na miarę św. Franciszka a ja niestety nie jestem następcą Piotra Apostoła. Ponieważ jednak cały Śląsk dzisiaj stoi stanąłem i ja.

Nie jeżdżą tramwaje, autobusy, górnicy nie fedrują, nauczyciele „ciepli uczniom bala” (rzucili piłkę), żeby mieć spokój postanowiłem ZASTRAJKOWAĆ I JA, ZEW. Czyli niestety moi Wierni Czytelnicy nie doczekacie się we wtorek kolejnego fragmentu „Ewangelii wg Aleksandra”, na którą czekacie z wypiekami na polikach.

Próbowałem i ja zachęcić do strajku moje organy wewnętrzne, żeby swojego ne robiły, ale już o 5-tej rano pierwszym łamistrajkiem okazał się pęcherz. Bez szczegółów. Mam tylko nadzieję, że śląski strajk nie odbywa się pod hasłem „Solidarności z bankrutującym Cyprem.”

Bo bez mojej osobistej wizji lokalnej TAMŻE za cholerę się nie włączę.

CO ZE ŚNIADANIEM POETY?

Obraduje Kongres Kultury Woj. Śląskiego.

W Galerii Szyb Wilson (Katowice – Janów) obraduje od 23 do 25 września Kongres Kultury Województwa Śląskiego. Tego typu zgromadzenie ma charakter prekursorski; dobrze też, że odbył się na naszym terenie. Galeria to przecież była cechownia KWK „Wieczorek” i właśnie od pozdrowienia zgromadzonych górniczym „Szczęść Boże” rozpoczął swoje wystąpienie twórca galerii Johan Bros.
W hali, w której niegdyś kąpali i przebierali się „hajerzy” wiele mówiono o tożsamości regionu, Śląska, z ekranu zabrał głos profesor Jerzy Buzek (on-line z Brukseli); obecny był dyrektor departamentu w Ministerstwie Kultury Juliusz Braun, marszałkowie województwa, metropolita katowicki arcybiskup Damian Zimoń, a także twórcy.
Ich widzenie „całokształtu dorobku materialnego i duchowego ludzkości”, (czyli kultury) w wydaniu regionalnym jest jednak nieco inne niż urzędników. Zarówno reżyser filmowy Lech Majewski, jak i twórca „Rawy Blues” Ireneusz Dudek skarżyli się, że bardziej doceniają ich w świecie niż w Katowicach i okolicach. Podawali przy tym konkretne przykłady.
Prawda jest przecież taka, że poeta na „głodniaka” wiersza nie napisze – musi zjeść śniadanie. A z pisania np. wierszy ciężko wyżyć. To samo dotyczy innych sfer kultury. Dobrze, że tego typu kongres się odbył – wymiana poglądów praktyków i teoretyków miejmy nadzieję zaowocuje jeszcze większą ilością dzieł w postaci fotografii, wierszy, obrazów i filmów. Bo być może jest nieprawdą, że to szary człowiek nie czuje potrzeby przeczytania książki, czy też pójścia do kina czy teatru – może to oferta jest zbyt uboga; a może i szary człowiek zbyt zalatany i za biedny…

CZARNE ZŁOTO, CZERWONA KREW

Tragedia w śląskiej połączonej kopalni. Śmierć przychodzi wtedy kiedy nikt się jej nie spodziewa.

Znowu 12 ofiar w górnictwie. Znowu winien metan. Nie chcę krakać, ale będzie więcej. Kolejnych 19 górników z połączonych kopalń – Śląsk (Ruda Śl.) i Wujek (Katowice) jest w ciężkim stanie. Wielu ma poparzonych więcej niż 50 procent powierzchni ciała a to oznacza przekroczenie granicy przeżycia. Jeżeli wytrzymają miesiąc…

Czy byli Państwo kiedyś na dole w kopalni? Ja byłem siedem razy, czyli więcej niż średniostatystyczny premier – przeważnie zjeżdża raz, a potem opowiada: „Ciężką robotę macie, ciężką” i przestaje być premierem. Minus jednoelementowy zbiór Waldemar Pawlak, który z powodu recydywy w premierowaniu zjeżdżał wielokrotnie – lubuje się również w górniczych karczmach piwnych…

Przed zjazdem trzeba zrobić kompletny „strip tis” ubierając: gumofilce, ciuchy, fasując lampę, ładowarkę i aparat do oddychania. Do tego biały kask. Nie jest wszystko jedno jaki kolor kasku się ma. Białe nosi dozór. Bywało więc na dole tak, że na widok mój i przewodnika – brać górnicza uciekała gdzie pieprz rośnie. Oczywiście ta brać, która schodziła ze stanowiska pracy za wcześnie i przemykała się chyłkiem w stronę wyjazdu.

Potem jest zjazd windą, czyli SZOLĄ. Jedzie to 10 metrów na sekundę i widać gołe ściany szybu. W uszach niezbyt miło gwizda. Jest taki dowcip na temat górniczej windy:

- Panie sztajger szola się urwała!

- A były tam jakie ludzie?!

- Niy, same gorole…

Tłumaczę – GOROL osobnik nie ze Śląska.

Na dole nas otwierają i idziemy w kierunku przodka. Najpierw korytarze są duże, wysokie na 3 lub 4 metry. Czasami zdarza się, że podwiozą nas kolejką. Od czasu do czasu przewodnik z trudem otwiera ciężkie metalowe drzwi. To element przewietrzania kopalni. Przy ich otwarciu zrywa się huragan niczym halny. Zamykane drzwi walą z hałasem.

Powietrze w głąb kopalni tłoczone jest aluminiowymi rurami tzw. LUTNIAMI. Do przodka w chodniku gdzie prowadzone jest wydobycie jest niekiedy 2 lub 3 kilometry. Idzie się i idzie. Na początku powietrze bywa rześkie i zimne. Im dalej tym bardziej stojące, stęchłe i ciepłe. Im dalej też tym korytarze stają niższe i bardziej ciemne a nawet śliskie od spływającej wody. Popiksują czasem myszy. W chodniku fedruje się za pomocą kombajnu. Kurzu tyle, że światła nie widać. Górnicy snują się jak cienie. O hałasie nie wspomnę. Na dole pozdrawia się tu pracujących za pomocą SZCZEŚĆ BOŻE…

Chodnik, czyli front robót. Przesuwa się tak jak idzie pokład węgla utworzonego miliony lat temu ze starożytnych roślin… Są pokłady o miąższości 4 metrów, są i takie, które mają wysokość pół metra! Czołgałem się takim w kopalni „Anna”. Niezłe uczucie, przede mną facet, za mną facet, hełm spada na oczy a ty się czołgasz. Osobie z klaustrofobią nie polecam…

W końcu jest wyjazd na świeże powietrze. Zdajemy wszystko i myjemy się w łaźni. Pani obsługująca tu nalewa czarnej zbożowej kawy. Smakuje bardzo. Co innego przyjechać na wycieczkę, co innego być „hajerem” na stałe. Nie wiem czy jeszcze kiedyś zjadę – niedawno lekarz w jednej z jastrzębskich kopalń trzymał mnie przez godzinę w niepewności czy nadaję się do zjazdu. Ciśnienie mi wyszło nie takie. Początki choroby wieńcowej i emocje robią swoje.

W końcu zjechałem na własną odpowiedzialność.

NOC DLA ŚLĄSKA

24 czerwca medialną debatą RTV pod złowieszczym tytułem „Noc dla Śląska” zanudziliśmy całą Polskę

No stało się; za pomocą medialnej „Nocy dla Śląska” zanudziliśmy całą Polskę (TVP Info, TVS i Radio Katowice). Debatę z udziałem VIP-ów i wybranych redaktorów zorganizowano wieczorową porą 24 czerwca w szklanej kopule na rondzie, którą wybudowano nie wiadomo po co.

Elektorat oczekujący w tym centralnym punkcie Katowic na tramwaj zamiast kontaktu ze sztuką wolałby raczej zapiekanki, chińskie ciuchy i wodę mineralną (tak jak to drzewiej przed remontem bywało). Zamiast tego ma fontannę i widok na szklaną kopułę do której wejść się boi, bo w środku tylko droga kawiarnia (i na szczęście dwa kioski).

noc 2

Impreza zaczęła się od bramkarza Jerzego Dudka co w Realu ławę grzeje. Zgromadzeni woleliby tymczasem jego imiennika Ireneusza, co to bluesa uprawia. Brzdąkał jedynie na gitarze pewien fizyk.

Nic więc dziwnego, że cichaczem jeden po drugim kilkudziesięciu gości zaczęło uciekać na papieroska do foyer i tam dopiero się zrobiła impreza, śmichy cichy itd.

Bo po prostu na sali nagrań drętwo było – show dawał przez net premier Buzek (chociaż już po wyborach), miejscowy marszałek i wojewoda oraz jeszcze parę osób. Każdy z nich był po prostu słuszny, czyli nudny. Nikt się z nikim nie kłócił – zabrakło miejscowego guru publicystyki redaktora Michała Smolorza, który potrafi przywalić. Zwłaszcza jak mu nie dają dotacji na realizację jego programu. Ten tłusty kąsek spod nosa sprzątnęli mi inni redaktorzy.

Ja się tymczasem, zastanawiam CO NA TEMAT ŚLĄSKA SIĘ DOWIEDZIAŁA RESZTA POLSKI?! Że budują tu salę koncertową? Że Euro 2012 nie dostaliśmy (a dobrze tak „hanysom”, powie ten i ów, dość się za Gierka nachapali), że stawiają tu na energię odnawialną ?! (a kogo to intarara). Śląska tu było jak na lekarstwo. Jedynie pewien kucharz częstował ciastem, czyli „kołoczem”. A gdzie humor, muzyka, trochę pieprzu w dyskusji? Same słuszne tematy i długaśne. Jak już to jeszcze jako tako wypadli redaktorzy kościelni spod znaku „Gościa Niedzielnego”. Ci najbardziej wczuli się w swoją rolę – ja stary komuch to wam mówię.

Wypełniliśmy „ramówkę” (plan wykonan orzekł Onan), ale można to było zrobić z większym jajem.

noc 1

Foto – wędrówki: GISZOWIEC

Giszowiec, obecnie kawałek Katowic głośny za sprawą Małgorzaty Szejnert „Czarny ogród”. Teraz pani Małgorzata przerzuciła się na sprawy amerykańskie.

Do Katowic Małgorzata Szejnert trafiła „dzięki” negatywnej weryfikacji dziennikarskiej w stanie wojennym. Wciągnęła ją barwna historia koncernu Gieschego, to co zostało z architektury braci Zillmanów (plus Nikiszowiec), ludzie, którzy są solą tej ziemi również czarnej.

wilh 1

Również tę sobotę byłem na spotkaniu w Karczmie Śląskiej (serce Giszowca). Spotkanie stworzyła Nasza – Klasa. Szkoły nr 49 z pobliskiej Wilhelminy nie ma bowiem od 33 (!) lat a na spotkanie stawiło się 200 osób!

wilh 5

Sporo przyjechało nawet z Niemiec. I pomyśleć, że ja za nic w świecie nie mogę się spotkać w żadnym gronie od żłobka aż po studia. Zawsze komuś coś nie pasuje, a na samym końcu nikt nie ma czasu… W malowniczym obiekcie położonym w Parku Pod Lipami bawiono się do białego rana.

Nawet zawitał tam Ruch Autonomii Śląska w postaci red. Dyrda promującego swój słownik przekładu z polskiego na śląski oraz czarne koszulki z napisami: „Wolność dla Śląska!” i „NIE NERWUJ HANYSA”.

wilh 3

Pozazdrościć organizacji i kondycji. Chociaż ja nie Hanys tylko „GOROL” (czyli łagodnie mówiąc niezbyt doceniany) obcy to potrafię to docenić.

O CO CHODZI? Na początku był chaos

Ja pół GOROL (czyli przybysz), ja pół człowiek. Czuję, żyję i tworzę na granicy Śląska i Zagłębia…

TO JA

MOJE BOJE BLOG

Kwestia ta ma znaczenie na Śląsku, który dzieli nadal Brynica, rzeka będąca niegdyś granicą między zaborami rosyjskim i pruskim. Do dzisiaj nadal żywa w świadomości tak Ślązaków, jak i Zagłębiaków. Ślązakiem byłem przez wiele lat z zamieszkania, Zagłębiakiem z powodu miejsca urodzenia. Ot, taka schizofrenia.

Od 30 lat jestem dziennikarzem; osiągnąłem wiek (53 lata), który miał stanowić średnią życia w tym zawodzie. Jednak już od licealnych czasów zawierciańskich ciągnęło mnie do uprawiania poezji i literatury. Wydałem własnym sumptem trzy książki: Moje abecadło (rzecz o dziennikarstwie, Żory rok 2001), Szara kamienica (z dziejów Zawiercia, rok 2003), Ameryka jest dla byka (Chicago, 2005 r.)

Spory rozrzut tematyczny, ale ja uważam, że jednego życia za mało. Trzeba je spróbować więc zwielokrotnić. Poza tym mam na koncie dwa tomiki poezji – "Trochę chore wiersze" i "Wojaczek 50-letni". Na moim blogu chciałbym kultywować, zwłaszcza niespełnioną część literacką mojego CV oraz zamieszczać felietony, które ukazują się obecnie w następujących tytułach: "Roździeń" (Katowice – Szopienice), "Życie Dąbrowy Górniczej" i "Życie Świętochłowic".

Do tego też będzie trochę obrazków. Miłej lektury

Z. A. Wieczorek, redaktor, Dobieszowice, 26 marca 2009 rok