Who is Marta Kuźnicka?

Redaktor moderator Piotr Bratkowski zakończył swą misję. Poinformował, że jego obowiązki przejmuje od wtorku, 25 grudnia Marta Kuźnicka. Ponieważ większość już teraz umiera z ciekawości kim ona jest a święta się nam strasznie dłużą pogrzebałem tu i tam.

Głównie na Facebooku skąd się dowiedziałem, że Nasza Nowa Moderująca ukończyła Szkołę Wyższą Psychologii Społecznej; mieszka na Mokotowie; jest stażystka w Newsweek Polska a jej ulubiony cytat to: „Paris is always a good idea” Audrey Hepburn.


Z tym ostatnim się w pełni zgadzam; ponadto Marta K. pisze na portalu Newsweek.Pl (raz o Św. Mikołaju, a raz o moim koledze z Zawiercia kiedyś redaktorze a teraz Wielkim Księciu Wierzchowskim). Zwraca też ksywa Nowej Naczelnej – Ruda Najdżela. Proszę Nowej Moderatorki, czy dasz nam popalić, czy dasz nam dalej pisać i żyć?

Na odpowiedź i pierwsze expose czekamy jak rozumiem do końca Świąt BN, a może i Starego Roku. Prosimy też o zmianę czołówek na 1 stronie, bo już się nieco opatrzyły. W blogosferze jak na wojnie, nie ma wolnego.

Nie narzekać!

Wesołych,  Zdrowych, sobie życzymy przed tymi Świętami. Warunków jest kilka, aby tak rzeczywiście było – a  wypisano je na tej oto tabliczce:

Fotka zrobiona w restauracji U Karola (Siemianowice – Bytków)

Nie ma już nic

Grudzień ubiegłego roku. Pora świątecznych porządków, montowania choinki z plastiku, szukania żółci w karpiu i innych czynności, które sprawiają, że rozpadają się małżeństwa, nerwy nie wytrzymują nawet na supłach zawiązane a noże kuchenne łakną krwi.
To był szczyt jej ćpania zapijanego wódą, a czasem winem Egri B. Wiecie co to jest stilnox, lorafen, nitrozepan brane całymi „listkami”? Jak nie wiecie to lepiej, żebyście nie wiedzieli. To są okrągłe oczka, mowa bełkotliwa, wszystko robisz trzy razy wolniej, a jak ci braknie „paliwa” to jesteś niczym pęknięte gniazdo szerszeni.
Spieprzona była Wigilia i Sylwester… Byłem jak detektyw Krzysztof R. Szukałem wszędzie – za tapczanem, w kieszeni szlafroka, w szafkach. Były puste szklanki, butelki, opakowania po tabletach. Kłamała w żywe oczy, to nie ona, to wszystko stare, ktoś jej podrzucił. Była jak Goebels w spódnicy…
Ostatnie dwie tabletki nitrozepanu schowałem przed nią do szufladki drewnianego młynka kawowego. Wykrzyczałem to jej którejś kłótniowej nocy, ale potem mi zaświtało. Tabletki wyrzuciłem a zamiast tego wsadziłem karteczkę z napisem: NIE MA JUŻ NIC.
Oczywiście Kuba Sienkiewicz, o zgrozo doktor też. Nie chodziło o dwa głupie egzemplarze psychotropów, ale o miłość i inne piękne wspomnienia. Byłem ciekawy czy przeczyta. Byłem ciekawy czy ją ruszy. Jak nie został mi tylko samobój, albo ucieczka. Mieliśmy już dość tego piekła.
P.S. Dwa dni temu dowiedziałem się, że karteczkę znalazła (szukała, chociaż się zaklinała, że to KONIEC) i  ją ruszyło. Napisała o tym w wypracowaniu na terapii. Dostała same plusy. Oni dają plusy a ja miałem wtedy ścianę za plecami. A może mieliśmy. Nie ma już nic, a może jest?

PROHIBICJA

Ten kawałek political SF napisałem w roku 1978. Nie wiem na ile był proroczy, ale może przed świątecznymi bachanaliami warto się z nim zapoznać. Autor

Było to 14 października 1983. Pamiętałem ten dzień tak jak by to było dzisiaj. Oglądaliśmy z Władkiem telewizję. Właśnie Bruner po raz piętnasty na przestrzeni dwóch ostatnich pięciolatek miał zamiar rozpracować dzielnego asa wywiadu jednego z państw sprzymierzonych, gdy obraz zniknął i pojawiła się plansza: "PRZEPRASZAMY ZA USTERKI – za chwilę dalszy ciąg programu".

Wkurzyło mnie to.

- Ach ta pieprzona technika. Rozlej Władek – i trąciłem łokciem kumpla, który walczył uporczywie ze zwiększonym widocznie tego dnia ciężarem mózgu.

Nie zareagował. Sam rozlałem.

- Patrz chyba się szósty program włączył. Względem tego VI programu. Polska chcąc doścignąć czołówkę światową uruchomiła od razu VI program z pominięciem trzech innych.

Tymczasem na ekranie maszerowali chłopcy i dziewczęta w białych koszulach i czerwonych krawatach. Rzucali kwiatami w przywódców na trybunie. Z min niektórych maszerujących można było wywnioskować, iż żałują, że kwiaty te pozbawione są doniczek.

Na tle czystego nieba powiewały czerwone sztandary. Żeńska orkiestra wzdęta (po czesku dehowa hudba) grała jakąś hałaśliwą i równie wzdętą melodię.

- Chlup Władziuchna! Wypiliśmy po pół szklanki "Błędowskiej Żytniej" (460 zł˝ pół litra). Była wstrętna w smaku i zalatywała naftą. Otrząsnęło nas. Lecz miała ona swój niepowtarzalny urok – bezpośrednio po wypiciu następował wstrząs podobny kopnięciu konia w tył czaszki. Władek, którego ta przyjemność spotkała już w dzieciństwie nie reagował jednak zbyt ostro. Siedział z wzrokiem utkwionym bezmyślnie w telewizor.

Tymczasem na ekranie pojawił się dystyngowany pan z siwiejącymi skroniami i ceglastoczerwoną twarzą. Jakość naszych telewizorów montowanych na bratnich częściach czyniła wszystkie twarze ludzkie jednakowymi. W tym jednak wypadku następowało zrównanie ludzi niezależnie od ich majątku i stanowisku. Pod tym względem panowała pełna demokracja. Pan spojrzał inteligentnie, ależ tak to spojrzenie to Grześ Woźniak! – 5 lat pobytu w Stanach zmienia człowieka. Po tym spojrzeniu powiedział:

- W dniu dzisiejszym Sejm Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej zatwierdził przez aklamację ustawę o prohibicji w Polsce. Ustawa ta o znaczeniu zasadniczym dla naszego kraju i społeczeństwa wchodzi w życie z dniem dzisiejszym. PROHIBICJA obejmuje całkowity zakaz produkcji i sprzedaży alkoholu po wszelkimi postaciami za wyjątkiem alkoholu używanego do celów leczniczych.

A teraz głos zabierze Pierwszy Sekretarz Partii, Prezydent, Nasz Dobroczyńca, Przewodnik i Nauczyciel. Inicjatywa ta bowiem powstała z inicjatywy Partii, jest wyrazem jej konsekwentnej polityki prowadzącej do uzdrowienia naszego społeczeństwa i budowy opoki nowego ustroju.

Z kolei na ekranie pojawił się ostrzyżony na jeża, siwego zresztą, osobnik o ceglasto-czerwonej twarzy.

- Świetnie się trzyma – powiedziałem do Władka. Ten nic nie powiedział. Gdzieś od 4 lat odkąd funkcję Pierwszego Sekretarza objął Zdzisław Grudzień stał się strasznie małomówny.

Tymczasem jeżo-podobny osobnik patrząc jednym okiem przenikliwie w duszę każdego Polaka drugim zaś w kartkę mówił:

- Decyzja ta jest kolejnym etapem na drodze do zbudowania społeczeństwa na wskroś nowoczesnego, społeczeństwa zdrowego w 100%, które pod sztandarami … (zakłócenia fonii). Następnym etapem tego procesu wyeliminowanie stosunków płciowych jako metody rozmnażania. Są one wysoce nieekonomiczne i nieefektywne, zużywają się w nich najbardziej żywotne siły naszego społeczeństwa. Nasze kobiety będą zapładniane w Państwowych Punktach Kopulacji. Przodowniczkom zostanie nadany tytuł Wzorowej Maciory, przepraszam Macierzy.

- Dlaczego wprowadziliśmy prohibicję? My Polacy miast w pełni poświęcać się pracy dla dobra kraju rozmienialiśmy swą energię i zdolności na kieliszki o różnej pojemności. I tu przyszedł czas na podanie kilku konkretów: 25 g, 50 g, 100 g … – tu Zdzisio oblizał się lubieżnie.

Władek spojrzał na mnie jakoś tak przenikliwie smutno jednocześnie z dzikim błyskiem spoza szkieł. Z jego spojrzenia powiało Syberią. Na to skojarzenie przygarbionymi plecami wstrząsnęła erupcja kaszlu – wszak postradał tam płuca.

- Józek! ty nie jesteś CYRANKIEWICZ a ja GOMUŁKA, jeśli chłopcy nie przesadzili. Co jak co pieprzenia mogą zakazać ale kieliszek rodakowi od ust odjąć to zbrodnia, teraz to WSZYSTKO się zawali…

I łza spłynęła po jego zwiędłym i steranym w bojach ideologicznych obliczu. Na szklanym ekranie z zapałem godnym lepszej sprawy osobnik przebrany za robotnika, w nowiutkiej fufajce, mając w tle jakieś maszyny wykrzykiwał coś o poparciu. W tymże tle grupa robotników stała w ponurym milczeniu z zaciśniętymi pięściami. Nagle coś mignęło w powietrzu i obraz się gdzieś stracił. Znowu pojawił się redaktor Grześ WOŹNIAK.

- Przepraszamy za usterki wynikłe na skutek awarii łączy.

I znów pojawił się wszeteczny Bruner i ten drugi, który mu zaczął wymyślać od świni. Na to słowo naszły nas nostalgiczne wspomnienia. Ostatni Leksykon PWN donosił:

"ŚWINIA (trzoda chlewna) – zwierzę gospodarskie z rodziny świń, udomowione w Azji przed ok. 7 tys. lat. Hodowane dla mięsa oraz skór. W Polsce wymarłe z braku paszy na początku bieżącej pięciolatki."

Wszedł pielęgniarz.

- No dziadki dobrze wam się powodzi. A teraz spać!

Podszedł do stołu i wbrew naszym protestom zabrał resztkę "Błędowskiej Żytniej". Wyłączył telewizor i zgasił światło.

Tak, dyscyplina w Ośrodku Zdrowia Psychicznego, położonym w malowniczej górskiej okolicy, panowała ŻELAZNA.

A my w tę górską noc zawyliśmy łamiącymi się głosami słowa refrenu przeboju lansowanego przez centralny organ prasowy:

- Alkoholizm adieu!

XXX

To już dwa lata odkąd wprowadzono prohibicję. Idziemy z Władkiem skrajem zarosłej zielskiem popękanej jezdni asfaltowej. Słońce nieubłaganie pali nasze nieosłonięte czaszki. Władka muszę prowadzić bo oślepł już prawie całkiem od bimbru, a i mnie jest niedaleko – 74 lata gnie jednak człowieka do ziemi.

Niczym polska Wernyhora Władek wykrakał w 5 miesięcy było po wszystkim – w kraju zapanowała anarchia, szerzyły się ruja i porubstwo, podinstynkty wylazły z ludzi. Ustała praca przemysłu, miasta opustoszały, wszyscy uciekli na wieś gdzie wzięli się ochoczo do pędzenia bimbru i gospodarki naturalnej. Władze centralne straciły wszelką kontrolę, terenowe również.

Ba! Nie pomogło nawet lądowanie sojuszników – trzymali oni kontrolę tylko nad tzw. punktami strategicznymi nie potrafiąc przywrócić ładu i porządku.

Wiedziałem, że to musi był gdzieś TU. Już z dala dostrzegłem kłębiący się tłum wokół czegoś w rodzaju straganu. Biała flaga z Czerwonym Sierpem i Młotem powiewała nad całością.

Złożyłem mojego nieszczęsnego kompana pod przydrożną rozdartą sosną a sam udałem się w kierunku Punktu Dożywiania. Sieć takich punktów pokryła cały nasz kraj. Świat nas nie opuścił wyciągając charytatywną dłoń.

Zasada BEZ KOLEJKI nie obowiązywała – aczkolwiek miałem ku temu wszelkie prawa. Zaczerpnąłem powietrza i zaatakowałem ostro mierząc w samo centrum kotłowaniny. Tłum był
brudny, obdarty i wrzeszczący. Po wielu aluzjach do co do stanu włosów na mojej czaszce i mojej potencji zdołałem jednak dotrzeć do celu. Nieco spocona, rudowłosa dziewoja w zawadiackim czepku podała mi dwie RACJE ŻYWNOŚCIOWE.

Gdy po dwóch godzinach dotarłem do Władka zdawało mi się że śpi. Leżał z błogim uśmiechem pod rozpłakanym żywicą drzewem.

- Patrz Władziu! Tu "JOHNNIE WALKER" a tu "STOLICHNAYA"

Otworzyłem whisky i podsunąłem mu pod nos – nie reagował. Czarne myśli zaczęły mi się kłębić pod sklepieniem czerepu. Odstawiłem ostrożnie butelki i zacząłem nim trząść, najpierw słabo później coraz silniej, a on nic!…

No to chlup!