BĄK W KOŚCIELE NARODOWYM

 

W 1993 roku ten artykuł zdjął mi wydawany przez Wojciecha Fibaka „Dziennik Śląski”. Publikowałem go już na blogu Newsweeka, ale ponieważ publiczności się zmieniła powtarzam. Podpiszę się zresztą pod nim i dziś…

 

XXX

 

To będzie o powstaniu warszawskim, a raczej o polskiej chętce do rozróby za wszelką cenę. Lech Wałęsa, składając kwiaty gdzie trzeba zapowiedział, że za rok jak będzie okrągły jubileusz to zrobi się go dopiero z pompą i udziałem uczestników koalicji antyhitlerowskiej.

A wszystko to po to, aby oddać hołd bohaterom, męczennikom walki o Sprawę. Dlaczego jednak naród nasz do cholery ciągle musiał robić za Mesjasza a zamiast bohaterstwa walki nie mieliśmy do czynienia z bohaterstwem pracy?

Jako, że piknął jubileusz pozostańmy może jednak przy klinicznym przykładzie powstania warszawskiego. Wyjdźmy od tyłu, a właściwie od przodu – o jednym z powodów niejaki Z. Stypułkowski pisał tak: “Była to zarządzona przez Niemców branka stu tysięcy mężczyzn do robót fortyfikacyjnych dla obrony Warszawy przed atakiem Rosjan. Na wyznaczone punkty zborne stawiło się zaledwie 47 Polaków”.

NIE POLICZONO PAŁEK

A więc lepiej słodko przelewać krew za Ojczyznę niż wylewać pot kopiąc rowy przeciw czołgowe dla Germana! I tak przecież cała ta impreza z powstaniem była gierką polityczną obliczoną na pokazanie “wąsatemu batiuszce”, że jednak my tu rządzimy! O wybuchu powstania zadecydowała narada w kierownictwie Armii Krajowej, która odbyła się ostatniego dnia lipca 1944 r. “Niech pan zaczyna. Jutro, punktualnie o godz. 17.00 rozpocznie pan operację “Burza” w Warszawie” – powiedział dowódca AK gen. Bór-Komorowski do dowódcy okręgu warszawskiego ps. “Monter”.

Wszystko to pod wpływem jednego, jedynego meldunku tego ostatniego, że na Pradze pojawiły się czołgi z czerwoną gwiazdą. Już zresztą w pół godziny potem dowódca AK zwątpił w swoją decyzję lecz jej nie odwołał.

Teraz cytat z Biblii historiografii tego zagadnienia, czyli książki Jana M. Ciechanowskiego “Powstanie warszawskie”: “Delegat Rządu zadał parę pytań m. in. “Co będzie gdy Rosjanie staną? Pełczyński odpowiedział, że wtedy Niemcy nas wyrżną, ale raczej nikt z nas nie wierzył, aby Rosjanie stanęli, bo było w ich interesie zajęcie Warszawy.”

Kiedy lud paryski ruszył na Bastylię, nie liczył pałek, z którymi wyruszył” – stwierdził po latach z gorzkim sarkazmem tenże sam gen. Pełczyński. AK miała utrzymać stolicę w swych rękach, co najmniej przez 12. godzin, aby umożliwić władzom politycznym i cywilnym państwa podziemnego rozpoczęcie funkcjonowania w podziemnej Warszawie.

Krwawa jatka (200 tysięcy ofiar) trwała przez 63 dni. Z większości lewobrzeżnej części miasta nie pozostał kamień na kamieniu.

ZROLOWANI W DYWAN

Oddajmy może jeszcze głos Niemcom i Rosjanom. B. szef Sztabu Generalnego Wermahtu Hans Guderian ocenił tę kwestię: “My, Niemcy mieliśmy wrażenie, że nie zamiar Rosjan sabotowania polskiego powstania, lecz nasza obrona zatrzymała rosyjskie natarcie. “Pół-Polak, pół-Rosjanin, późniejszy marszałek K. Rokossowski z kolei stwierdził: “Bór Komorowski i jego otoczenie wystąpili – kak ryżyj w cyrkie – jak klown w cyrku, który pojawia się w nieodpowiednim momencie i zostaje natychmiast zrolowany w dywan.”

Po wojnie, również i po stronie polskiej, nie brakło bardzo krytycznych ocen przyczyn podjęcia tragicznej decyzji o rozpoczęciu walki z Niemca. Najdalej chyba poszedł z nich płk. J. Boszczanin (ps. “Sęk”), który uznał, że wojskowe wiadomości i przygotowanie dowódcy AK Bora-Komorowskiego “ograniczały się do umiejętności dowodzenia pułkiem kawalerii i wyżej nie sięgały.”

WIĘCEJ ROMANTYZMU NIŻ POZYTYWIZMU

Zdaję sobie sprawę, że mój głos w tej patriotycznej sprawie zabrzmi – za przeproszeniem – niczym puszczenie bąka w kościele narodowym w najbardziej podniosłym momencie mszy świętej. No, bo wiadomo – krew bohaterów, heroizm, no i w ogóle czytanka do którejś klasy szkoły podstawowej. Nasze dzieje jednak uczą tego, że na kolejnych zrywach wychodziliśmy coraz gorzej. Weźmy XIX wiek i stosunek do nas Rosji carskiej – dwa powstania a po każdym było coraz gorzej. Mniej autonomii i swobód a o ofiarach nie wspomnę.

To samo z II Wojną Światową. Chociażby bracia Czesi – i co z tego, że w Monachium podeptano ich godność osobistą?! Siedzieli sobie w czasie wojny spokojnie i, poza jednym incydentem w Lidicach, włos im z czeskiej głowy nie spadł.

A piwa i knedli im nie zabrakło. Filozofia wojaka Szwejka zatriumfowała. Sto lat temu bardzo aktualna była dyskusja – co ma większy sens – kamikadzowska postawa romantyków, czy też praca u podstaw i bogacenie się jednostki w ramach pozytywizmu?

Póki, co zwyciężał w naszych dziejach romantyzm. A przecież nawet kamikadze zmądrzeli, założyli zarękawki i wzięli się za biznes. I ja mam nadzieję, że wreszcie wychodzimy z tej naszej polskiej Samosierry na zawsze.

 

Zbigniew Al. Wieczorek (ZEW)

 



 

 

 

MAJTY W UJAZDOWSKICH

Wczoraj Aleje Ujazdowskie, Wawa. Przed Urzędem Rady Ministrów stały posterunek KOD. To ludzie spod tego znaku wywiesili te polityczne majty.

Jest też jednoosobowa kontrdemonstracja – były górnik z Wujka. Upał, czas płynie, powoli. Na Kongresie PiS skandowano Jarek, Jarek! Są tacy, którzy mówią, że jak chodzi o wiwaty wracamy do lat 70-tych i Spodka,

Warszawa. W tymże URM mieściła się ponad 30 lat Akademia Nauk Społecznych przy tzw. KC PZPR. Ukończyłem ją. Ciekawe czy ustawa antykomunizacyjna obejmie też byłych absolwentów?

ref 1

zew wwa

TARCZA NA AGRAFCE

Zostaliśmy jako te bezbronne baranki. Czy będziemy więc nadal szczerzyć kły?

Moje problemy z tarczą (szkolną) miały miejsce w liceum. Dyżurny belfer na bramce sprawdzał czy tarcza z napisem II LO jest przyklejona, czy na agrafce. Przyjaźnie uśmiechał się natomiast do tych, którzy mieli ją na okrętkę.

Waszyngton stwierdził (oczywiście oznajmiając to tym do których się dodzwonił o północy), że tarczy antyrakietowej nie będzie. Ani w Polsce ani w Czechach. I czymże teraz będziemy uzasadniać prężenie muskułów w kierunku wschodnim? Znowu Zachód, tym razem już nie Dziki a Daleki, się na nas wypiął.

Jakby, co pozostaną nam w rezerwie coraz liczniejsze rzesze wolontariuszy uprawiających inscenizacje niegdysiejszych bitew. W tym wielu zaopatrzonych w prawdziwe szable. Nie ma to jak stara dobra szarża. Na nią zawsze można liczyć. Nasza tarcza też wisiała na agrafce. W dodatku bardzo zardzewiałej. Więc sami nie wiemy, kiedy ją zgubiliśmy.

JAK W RZĄDZIE DO SZKOŁY CHODZIŁEM

W Warszawie nas skoszarowano na rogu Belwederskiej i Gagarina. Uczelnia (?!) nosiła nazwę Akademii Nauk Społecznych przy Komitecie Centralnym PZPR…

W stanie wojennym gazetę nam gdzieś w Polsce BE zawieszono. No to robiłem w redakcji gazetkę ścienną z której wynikało, że generał Wojciech jest też BE i że się jeszcze doigramy.

Zaraz jednak poglądy moje uległy przewartościowaniu kiedy zadzwonił kolega z województwa i zaproponował pracę w reżimowym biuletynie. Nakład, bagatela, 28 tysięcy egzemplarzy. Mogłem zejść do piwnicy i robić na powielaczu 50 sztuk gazetki pachnącej denaturatem w której pisałbym, że „krew naszą leją czerwone katy”; mogłem też pisać, że Wałęsa nie ma mózgu i pracuje za zielone srebrniki Zachodu.

Wybrałem to ostatnie rozwiązanie… Po dwóch latach wiernej służby WRON-ie etc. skierowano mnie do Warszawy na dokształt. Towarzysz N. o ulizanych włoskach wezwał mnie do siebie, splótł ręce i stwierdził lakonicznie:

- Jak to powiedział Lenin, nada uczitsa, uczitsa i jeszczio raz uczitsa!

Po pierwsze nauczyłem się, że po to kogoś awansują z Katowic do stolicy na pół roku, żeby w tym czasie ominął go awans. Bo jak już wróciłem to miałem nowego szefa. Nieobecni nie mają racji więc mnie nie brano pod uwagę.

W Warszawie nas skoszarowano na rogu Belwederskiej i Gagarina. Uczelnia (?!) nosiła nazwę Akademii Nauk Społecznych przy Komitecie Centralnym PZPR i na jej czele znajdował się generał Michta. W internacie grasowały setkami prusaki i inne robactwo a woda miała smak tak obrzydliwy, że odechciało mi się zostać na stale warszawiakiem. Za to naprzeciw znajdowała się największa chyba księgarnia w Polsce.

Lubiłem tam buszować. Tak samo jak zaliczyłem wszystkie możliwe teatry warszawskie. Ba, byłem nawet jednym z trzech widzów, którzy nie wyszli do końca z teatru (blisko Placu Unii) podczas sztuki Karola Wojtyły „Promieniowanie ojcostwa”. Moje ojcostwo promieniowało dość słabo bowiem tylko dwa razy w miesiącu jeździłem na weekend do domu, aby odwiedzić małoletnie wtedy dziecię. W przerwach między kuciem (nie pamiętam już czego) graliśmy w pokera – za żetony robiły tomy „Dzieł wszystkich” Lenina. A było tego dość sporo, bo 45…

Do szkoły mieliśmy pod górkę – szło się Belwederską, pomiędzy ponurym gmachem Konsulatu CCCP a Belwederem. Do akademii wchodziło się żelazną bramą od strony skrzyżowania Aleje Ujazdowskie, Bagatela, Belwederska – to co ją teraz podczas przesileń rządowych pokazują. Bo po transformacji cały gmach URM przejął. A kiedy duży i jowialny towarzysz docent od polityki społecznej zapytał mnie jaki są cechy mieszkania odparłem krótko:

- Nie wiem, nie zdążyłem pomieszkać. Ledwie dostałem klucze a już mnie partia na dokształt do Warszawy wysłała.

Facet miał poczucie humoru i dał mi czwórkę za inteligencję. A ja czekam kiedy IPN dogrzebie się w papierach i ten czerwony dyplom od generała Michty mi wypomni. To, że taki sam ma Jan Pietrzak niewiele mi pewnie pomoże. Uczcie się…