WIZYTA U CHANA I CZARNY PIES

tatarzy

Głęboka mroźna zima. Nic więc dziwnego, że zapadam w sen jak w zaspę. Mam wizję – las, czeka mnie wizyta u chana tatarskiego. Nie widzę go jednak. Wita mnie wojownik ubrany w ichnie barchany. Zapowiada moją wizytę srebrną strzałą wystrzeloną ze srebrnego łuku.

Ja też mam łuk… Już mamy iść, kiedy pojawia się dziecko. Nie jestem pewien jakiej rasy. Wiem tylko, że było już u chana dwa razy. PO CO CHCE IŚĆ ZNOWU? Wojownik się wycofuje – na migi mi pokazuje, że do chana mogą iść tylko dwie osoby.

Jak jak się z tym chanem dogadam? Budzę się. W głowie gwizdy i dzwony – stan zapalny zatok czołowych (sinus frontalis). Pół śpiąc wypuszczam psa przez piwnicę. Ale brama na ruchliwą ulicę jest otwarta! Ktoś był u ciotki zza płota i nie zamknął.

Ale czarny mój skancerowany wilczur nie wybrał wolności, chociaż była tak blisko. Wrócił z podkulonym ogonem. Jak długo można podkulać ogon i uciekać przed wolnością?

WOLNOŚĆ JEST DZIKA I PIĘKNA, ALE MOŻE ZABIĆ.

O ŚLEBIODZIE ŻURNALISTÓW W SEJMIE

 

No i się zrobiła wojna polsko – polska w Sejmie. Data niezła, 16 grudnia, rocznica Wujka. Niestety, stopień zacietrzewienia obu stron i przedmiot sporu przypomina mi debatę między przodkami Kargula i Pawlaka. Poszło o zaoraną na 4 palce miedzę a jak się rozwinęło sami wiecie.

Dyskutują w tej sprawie wszyscy i biorą się za łby, ale w Sejmie bywał mało kto. Ja natomiast – jako dziennikarz – ponad 20 razy. Głównie w latach 90-tych, kiedy to Lewica powstała jak Feniks z popiołów zwyciężyła i na progu XXI wieku też.

Wyjaśniam – posłowie i VIP-y zawsze mieli swoje wejście, a goście, w tym redaktorzy swoje. Nie wystarczyło jednak mieć redaktorską legitkę. Trzeba było się akredytować i to wcześniej, aby otrzymać specjalną przepustkę. Nie może być tak, żeby media wchodziły wszędzie. Zakazany był teren obrad Sejmu i Senatu a także hotel dla posłów oraz senatorów. Redaktorzy mogli śledzić obrady z balkonu tudzież za pośrednictwem rozstawionych wszędzie monitorów TV wewnętrznej.

Ulubionym miejscem do wywiadu było górne piętro wewnętrznego hallu ze słynnymi wężowymi poręczami. Prawdą jest jednak, że praktycznie każdy z mikrofonem w garści, albo dyktafonem mógł dorwać każdego posła czy innego ważniaka i od kultury redaktora zależało jak to wyglądało. A z tą kulturą w warunkach wolnego rynku mediów (kto pierwszy ten lepszy) było nie za bardzo. Nic więc dziwnego, że dochodziło rzeczywiście do patologii typu – Ileś nakradł złodzieju? Atakował młody zdolny z TV internetowej, zatrudniony w swej stacji od dwóch dni, ministra w WC.

To jednak wyjątki od reguły. Większość VIP-ów, szczególnie tych doświadczonych potrafiła wybrnąć z sytuacji. Mnie na przykład zapytany o coś Jacek Kuroń, ze słynnym termosem pod pachą, odpalił krótko: Wie pan panie redaktorze ja dopiero myślę po godzinie 14-tej.

Cała obecna zadyma wzięła się z tego, że Prezes Jarosław nie lubi dociekliwych pytań redaktorów z TVN i stąd próba wprowadzenia czegoś w rodzaju cenzury. No i potem się zaczęło. Poseł z kartką, wykluczenie, kadłubowy Sejm z przewagą PiS itd. Temat podchwycił KOD, który próbował zrobić Majdan przed Sejmem. Były już race, rzucanie się pod samochody, dobrze, że nie polała się krew.

Chichotem historii jest to, że bardzo realne było w rocznicę stanu wojennego komuchów wprowadzenie stanu wyjątkowego (paraliż ustawodawczej władzy państwa). Kończę sentencją Szymona Majewskiego – Polska jest podzielona jak pupa Dody. No tak tylko, że to jest przynajmniej piękne podzielenie, a to nie. I końca zacietrzewienia nie widać chyba, że do Sejmu trafią żony posłów każących im do domu wracać kupować karpie a płaczące dzieci przez ekrany smartfonów poproszą ich o ustrojenie choinek.

nogi 11 list

Śmieszne? Naród bez poczucia humoru ostrzy gilotyny…

Jak bokser Szpilka śladami ZEW-a wędrował

Świat sportowy, nie oszukujmy się głównie polski, obiegła wiadomość, że Amerykańcy szlaban wizowy bokserowi Arturowi Szpilce postawili. A jak to w praniu bywa? W 2005 roku byłem na lotnisku Ohara w Chicago, tym samym co to boksera Artura nie wpuścili.
Po 16 godzinach podróży Tu – 154 – licząc od Pyrzowic plus przesiadka na Okęciu – wreszcie dotarłem. Pretekstem do wyprawy było moje 50 lat i promesa wizy, którą dostałem w konsulacie krakowskim.
Pierwsze, co zobaczyłem po wyjściu z „rękawa” to było chyba z 20 stewardów obu płci zaopatrzonych w wózki inwalidzkie, którzy czekali na pasażerów. Kurna, myślę, skąd oni wezmą tylu niepełnosprawnych jak ja nikogo w samolocie o kulach nie widziałem? Potem się okazało DLACZEGO? Od miejsca lądowania do terminalu było ze 2 km dymania po szarych dywanach, a starsze osoby to się na koniec już ledwo z tymi swoimi walizami podręcznymi turlały.
Zaznaczam dywany szare, a nie czerwone, bo te tylko dla zasłużonych w Hollywood. Po drodze plakaty z hasłem WITAJ W MIEŚCIE MICHAELA JORDANA a my zasuwamy. Wreszcie sala w której królują odziani w czarne mundury funkcjonariusze Immigration Office. Raźno pokrzykując i machając pałkami latarkami ustawiają pasażerów kilku samolotów (od Pekinu przez Warszawę po Nigerię i Buenos Aires sądząc po wyglądzie) w kolejki pomiędzy taśmami. Przy stanowiskach urzędnicy decydują o tym czy cię wpuszczą. To jest PROMESA, czyli obietnica wizy, a z obietnicami różnie bywa.

Po angielsku zadawane są pytania – coś ty za jeden, do kogo jedziesz i po co? Starsza pani za mną trzyma kartkę z adresem i niepewnie mnie pyta: PANIE A JAK JEST PO ANGIELSKU BRAT?
Ponieważ czarne mundury widzą, że coś kumam biorą mnie do tłumaczenia jeszcze do jakiejś tlenionej blondynki, która ani me ani be. Ja zdaję śpiewająco. „Jestem dziennikarzem, przyjechałem do Ameryki napisać książkę”. Oni to lubią, zwłaszcza jak książka jest pozytywna. Żeby było śmieszniej taką książkę nawet napisałem (AMERYKA JEST DLA BYKA) i nawet wydałem.
Wizę dostałem na maksa, czyli na 6 miesięcy, bo innym, niepewnym, dawali jedynie na 3 albo wcale. Faceta np. nie wpuścili, bo miał tylko sto dolców, za to walichę pełną wiertarek. Twierdził, że będzie zwiedzał Ojczyznę Wolności i jest mu ten zestaw nieodzowny…
Wiza mały pikuś, afera była z kiełbasą suszoną, którą mi pies w walizce wywąchał.  Chociaż w samolocie nas uprzedzali, żeby nie wwozić produktów żywnościowych jak byłem mądrzejszy, bo co rodzinie w prezencie przywiozę? Ale pies wywąchał. Dobrze, że nie dostałem jeszcze tysiąca dolców mandatu, bo była taka możliwość.
Ja Chicago i Amerykę opuściłem po 2 tygodniach, ale widać bokser Szpilka kiedyś przegiął, a tam służby są pamiętliwe.
P.S. A jak się wyjeżdża to też trzeba się orientować i wsadzić palucha oraz paszport do maszyny na lotnisku przypominającej bankomat. Trzeba się po prostu odmeldować. Może tą Artur kiedyś pominął?